Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 maja 2009

Kolejna notka medialna - dzinnikowo inspirowana

Tymże razem nie rozchodzi się o gazetę niemiecką, lecz polską, choć o niemieckim wydawnictwie. W internetowym wydaniu "Dziennika" pojawiły się dwa, przynajmniej z mojego punktu widzenia ciekawe, artykuliki.

Pierwszy traktuje o odwoływaniu przez PiS ministra finansów - znaczy o złożeniu wniosku o wotum nieufności, które to wotum ma jakieś szanse przejścia jeśli SLD postanowi sobie po raz kolejny strzelić w głowę i głosować coś wespół z PiSem. A zapowiada się na to, że strzelać będzie.

Jego polityka nie tylko nie przeciwdziała spowolnieniu gospodarczemu, ale przyczynia się do pogłębienia kryzysu.
Te oto słowa padły z ust Aleksandry Natalii-Świat - jednej z osławionych aniołków Jarosława z czasów, gdy ten był skłonny jeszcze wciskać narodowi kit, że poszedł drogą pokoju. Właściwie to mógłbym skomentować to dosadnie i napisać, że pani wiceszef PiS zwyczajnie pierdoli. Ale się wyjątkowo wysilę i wytłumaczę dlaczego pierdoli - znaczy skomentuję szerzej. Ano popełnia ona swoisty grzech zaklinania rzeczywistości z tego prostego względu, że póki co Polska ma się o wiele lepiej niż nasi sąsiedzi - zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt jak bardzo jesteśmy uzależnieni od wymiany handlowej z nimi. Oczywiście nie jest to wyłączną zasługą Tuska czy Rostowskiego - nie zmienia to w niczym faktu, że polityka pójścia pod prąd sprawdza się całkiem dobrze. Zasadniczo trzeba powiedzieć, że im mniej państwa w gospodarce tym lepiej - tym lepiej, że nie mamy cudacznych ruchów w kierunku "stymulowania popytu wewnętrznego" i zwiększania deficytu, co proponowała największa partia socjalistyczna w Sejmie. Nie zapominajmy też o tym, że to właśnie ta partia, wespół z koalicjantami pod kierunkiem najnowszej faworytki prezydenta pani prof. Gilowskiej odpowiada za to, że w okresie najlepszej koniunktury zrobiono dosłownie NIC w kierunku konsolidacji sektora finansowego, w dodatku zmniejszono przychody budżetowe (plus dla nas), zwiększając jednocześnie wydatki (tu już dla nas i budżetu gorzej). Można więc śmiało powiedzieć, że PiS ma aktualnie najmniej do gadania o gospodarce, ekonomii, finansach, radzeniu sobie z kryzysem, etc bo zwyczajnie dali ciała jak było dobrze. Gdyby rządzili nadal to kto wie czy nie mielibyśmy powtórki z dziury Bauca.

Oczywiście można zarzucić rządowi mizerne ruchy w kierunku dalszej prywatyzacji czy odciążania budżetu. Niewątpliwie czekać nas może w przyszłości jakaś podwyżka podatków pośrednich czy szukanie innych źródeł finansowania (ot choćby zapowiedziane dojenie z dywidend tych przedsiębiorstw, które mają zyski i mają nieszczęście być związanymi z instytucją państwową). 2010 rok też nie zapowiada się kolorowo, ale może skończy się na wzroście PKB i zadłużeinu sektora publicznego na mniej niż zapowiadane przez KE ~7% PKB.
Ale spójrzmy racjonalnie: im bardziej się zadłużymy tym więcej przyjdzie nam spłacać, a krótkotrwały wzrost koniunktury na wiele się nie zda. Ot zamiast cyklu kryzysowego w kształcie V, będziemy mieli odwrócony spinacz - w sensie to: |_| lub to |_/ albo nawet i to |__/.

Wybaczcie ale wykresów mi się robić nie chce, ale chyba każdy wie o co kaman, jak to mawiają w pewnej 'muzycznej' telewizji. Zależnie od ilości interwencji państwa kryzys może przebiegać z pozoru łagodniej, ale za to dłużej - im gorsze decyzje tym gorzej dla nas. I niestety nie można analogicznie powiedzieć, że im więcej dobrych ingerencji tym lepiej dla nas. W gruncie rzeczy głosowanie odbędzie się dopiero po eurowyborach i możliwe, że po ogłoszeniu nowelizacji budżetu, więc może nie będzie tak źle. Zależy jak zła będzie nowelizacja.

Działania SLD w tym momencie są dla mnie zupełnie pozbawione sensu - sami na chwilę obecną chyba nie mają już na podorędziu żadnego speca, a biorąc pod uwagę 'socjalny' charakter partii mogą również popierać cześć pomysłów PiS lub wyłazić z własnymi, które o kant rzyci można będzie rozbić. (Nie, nie panie Napieralski - ja wiem, że pewnie pan nie czyta - ale i tak napiszę: wy nie macie doświadczenia w wychodzeniu z kryzysu - wy je mieliście - ale wątpliwym jest byście mieli w zanadrzu ekonomistę pokroju Belki).

Drugim z artykułów przykuwającym mój wzrok jest wczorajszy list otwarty wysmażony przez Roberta Krasowskiego - naczelnego "Dziennika". W liście tym całkiem słusznie nie pozostawia on suchej nitki na żyjących złudzeniami pieniaczach internetowych. Może to dlatego, że taka arogancka menda ze mnie ale list osobiście przypadł mi do gustu - raz, że do obrońców kataryny nie należę, dwa, że za blogera czy wielkiego komentatora się nie uważam, mimo okresowych napadów megalomanii, trzy, że właściwie mnie również zwyczajnie bardzo irytują, że posłużę się niedopowiedzeniem wieczne przepychanki, kłótnie, bluzganie i mądrzenie się "wielkich" internautów. Swoją drogą jak przczytuję czasem forum "Gazety" to wręcz powala mnie ogrom różnych nicków z '1' na końcu plujących na wszystko i wszystkich - może nieobiektywnie ale mam wrażenie, że odpluwający się mają minimalnie wyższy poziom. Wnosząc z listu Krasowskiego na forum "Dziennika" podobnie jest. Ot wieczna wojna, która czasem, jak się patrzy na poziom zwyczajnego debilizmu, sprawia wrażenie sprytnego zabiegu mającego wprowadzić zamieszanie i rozpalić forumowy flame. Bo takich idiotów chyba nie rodzą. Chyba...

Tak czy inaczej, abstrahując od tabloidyzacji mediów, ich ostatnio wyjątkowo niskiego poziomu i braku nadawania dyskusji merytorycznego tonu, to trzeba przyznać, że jest sporo racji w tym co pisze rednacz. Wielu jest ludzi, którzy zwyczajnie ukrywając się za złudzeniem anonimowości piszą co popadnie zupełnie nie biorąc odpowiedzialności za swoje słowa. Taka wyjątkowo źle pojmowana wolność słowa - bo wolnosć zawsze musi iść w parze z odpowiedzialnością - bez niej jest kaleka i, że tak sparafrazuję "rozumiana jest jako wolność opluwania ludzi". A tak się zwyczajnie nie godzi - przynajmniej w cywilizowanym kraju, do miana, którego aspirujemy.

piątek, 22 maja 2009

Spór kompetencyjny - rozstrzygnięcie

Nie zgadzam się z opiniami, które klasyfikują orzeczenie Trybunału jako remis. Właściwie od samego początku nie było mowy o remisach, czy zwycięstwach. Konstrukcja naszej Konstytucji już taka jest, że nakłada na prezydenta i Radę Ministrów konieczność współpracy. Nie jest to ani remis, ani pat, ani takie czy inne zwycięstwo - jest to sprawa w dużej mierze kultury i dobrej woli.

Brak jednoznacznych rozwiązań zapisanych w Konstytucji zmusza oba organy do współpracy, w kwestiach, które nie są ich wyłącznymi kompetencjami - i siłą rzeczy TK wydając orzeczenie jest zmuszony do pozostawania w zgodzie z literą konstytucji - tutaj nic nie zmienimy. Może co najwyżej wskazać co jest czyją wyłączną kompetencją, co zadaniem - co zrobił.

To czy prezydent może jechać, czy nie może nie powinno być kwestią dyskusyjną - jeśli chce jechać to może - zwłaszcza jeśli zagadnienie leży w sferze jego konstytucyjnych zadań. Jeśli ma uwagi co do stanowiska rządu to może je zgłosić i rząd powinien je brać pod uwagę - jednakże nie jest zmuszony do podporządkowywania się prezydentowi. Jednak jeśli chce jechać i zabierać głos w sprawach, które nie są związane z jego zadaniami, to jakby wpierdzielał się w nie swoje buty.

Jednocześnie powiedziane jest, że za politykę wewnętrzną i zewnętrzną odpowiada rząd, natomiast stanowisko tegoż na posiedzeniach RE przedstawia premier.

Ustalenie stanowiska Rzeczypospolitej Polskiej na każde posiedzenie Rady Europejskiej należy, zgodnie z art. 146 ust. 2 konstytucji, do wyłącznej właściwości Rady Ministrów.

Również zadania prezydenta określone zostają jako:

Stanie na straży nienaruszalności i niepodzielności terytorium państwa polskiego oznacza zobowiązanie do przeciwdziałania wszelkim próbom cesji najmniejszej choćby części obszaru terytorialnego Polski, w tym również wód terytorialnych; przeciwdziałanie politycznej dezintegracji terytorium Polski, powstawaniu zróżnicowanych porządków publicznych, wykraczających poza konstytucyjnie dopuszczalną decentralizację władzy. Dotyczy także przeciwdziałania podejmowaniu prób wprowadzenia autonomii terytorialnej oraz dążeniom do federalizacji Polski.
Wystąpienie w ramach Unii Europeskiej zagrożeń dla integralność terytoriów państw członkowskich jest w wysokim stopniu nierealne. Okoliczność ta istotnie zawęża potrzebę udziału Prezydenta w posiedzeniach Rady Europejskiej motywowanego staniem na straży "nienaruszalności i niepodzielności terytorium" Rzeczypospolitej (art. 126 ust. 2 in fine).

Zagrożenie ze strony UE, które wymagałoby stania na straży nienaruszalności i niepodzielności jest raczej znikome, więc prezydent niespecjalnie może tutaj coś robić - bo zwyczajnie nie ma nic do roboty. Trybunał uznał również, że spora część spraw związanych z UE ma charakter nie zewnętrzny, ale wewnętrzny - a za politykę wewnętrzną rząd ponosi pełną odpowiedzialność - zarówno za jej tworzenie, jak i realizowanie. Czyli ponownie prezydent niewiele może.

Tak czy inaczej rozstrzygnięcie musiało być takie, a nie inne, bo taka jest Konstytucja - problem sporu może i nie zostanie rozwiązany, bo jego jako takiego nie mógł od samego początku rozstrzygnąć TK - po prostu zapisy są na tyle nieprecyzyjne, że prawidłowe realizowanie polityki wewnętrznej i zewnętrznej w zakresie kompetencji "pokrywających się" wymaga kultury politycznej i umiejętności współpracy.

Czy prezydent PiS jest w stanie współpracować z RM? Czy RM jest w stanie współpracować z prezydentem jednej opcji? Pewnie nie.
Nie zmienia to w niczym faktu, że w sytuacjach, gdy krzesło będzie jedno to prezydent, który będzie chciał zabrać głos w sprawach nie określonych w art. 126 będzie musiał zabierać swoje własne - w dodatku w sytuacji, w której posiedzenie RE nie będzie dotyczyło realizacji zadań przez prezydenta RP to zabieranie się tam będzie pozbawione sensu.
Nie zmienia to również faktu, że w wyłącznych kompetencjach Rady Ministrów jest ustalanie stanowiska RP - prezydent może mieć do niego uwagi, ale de facto nie ma możliwości narzucenia swoich uwag, bądź nie ma możliwości prezentowania stanowiska innego niż oficjalne. Chyba, że nieoficjalnie, ale wtedy można by go było posądzić o działanie na szkodę Polski. ;)

piątek, 24 kwietnia 2009

Szanuj Palikota swego, bo możesz mieć gorszego....

Jaki Palikot jest widzi każdy. A być może jednak nie?

Pewnie niewielu interesowało się w jaki sposób Palikot dochodził do swoich pieniędzy, wielu natomiast może mieć pewne wątpliwości dotyczące prywatyzacji Polmosu "Lublin" - chociaż ile tam jest przekrętu, a ile uczciwch transakcji pewnie nieprędko się dowiemy, o ile w ogóle.

Ostatnimi miesiącami poseł Platformy dosyć skutecznie odgrywał rolę naczelnego showmana odrodzonej po 2-letniej banicji III RP. Raz z większym powodzeniem, raz z gorszym obnażał różne absurdy, hipokryzję, zadawał pytania ważne, choć w mało dyplomatyczny sposób i sugerował rzeczy, których jednak poruszać nie powinien.

Ostatnio jakby trochę odchodząc od gromadzących się nad nim chmur (chociaż przyznam bez bicia - jeśli nawet Palikot wpłacał swoje pieniądze, na swoją kampanię poprzez podstawione słupy to co z tego? W jak dzikim kraju jego obywatel nie może przekazać dowolnej części swojego majątku na inicjatywę, którą popiera?), odchodząc również od dręczenia braci Kaczyńskich 'kaczuszkami', Palikot opublikował swoisty manifest.

Manifest w kilku częściach możemy znaleźć w następujących miejscach:

Manifest cz.I
Manifest cz.II
Manifest cz.III
Manifest cz.IV
Manifest cz.V

Dotyka on dosyć ważnych kwestii dotyczących walki z kryzysem, pomysłami na system bankowy, aktywizację gospodarczą, zmiany w Konstytucji, usprawnienie procesu legislacyjnego, nawet coś niecoś o środowisku oraz promocji Polski za granicą. Poziomem i szczegółowością przebija każdy z 'kryzysowych' planów jakimi ostatnimi czasy raczył nasz czy to PiS, czy rząd lub insza opozycja.

I nagle, właśnie wtedy, gdy showman, paligłup, błazen i cham udowodnił, że inteligencji mu nie brakuje, a tabloidowy często styl wypowiedzi i happeningi są prostą pochodną poziomu naszego życia politycznego i oczekiwań konsumenta mediów nastała cisza. Manifest (być może jeśli czas pozwoli to zajmę się jego bardziej szczegółową analizą) przeszedł bez echa. Najwidoczniej media uznały, że w ten sposób nie zarobią, lub pokazanie poważnej strony Palikota byłoby zbyt cięzkim ciosem dla intelektualnego poziomu przeciętnego czytelnika tabloidu (do którego miana coraz częściej 'dorasta' nawet opiniotwórcza prasa).

A szkoda - bo Palikot głupcem nie jest - wprost przeciwnie, choć na pewno jest błaznem - ale pamiętać należy, że rolą błazna jest nie tylko rozśmieszanie gawiedzi, ale również piętnowanie pewnych absurdów i dulszczyzny. Należy też pamiętać, że ten konkretny błazen potrafi bardzo celnie i bezkompromisowo podsumować wspomniane rzeczy. Nie jest także smutnym panem, bez dystansu do siebie, autoironii i poczucia humoru jakich w naszej polityce wielu.

Tekst powstał w ramach Debaty.

poniedziałek, 9 marca 2009

Takie tam - czyli o polityce kadrowej PO

Na Debacie aktualnie trwa dyskusja o eutanazji i in-vitro. Jako, że o jednym i drugim już pisałem i zdania jakoś nie zamierzam zmieniać, to pozostawię temat zakończony na dwóch notkach i komentarzu. Dodam jedynie, że z dupy (a raczej, czy też czyli programu Lisa na drugim kanale TVP) wzięta dyskusja nie zapowiada się na specjalnie merytoryczną. Raz, że PO specjalnie nie chce się narażać klerowi przed wyborami do PE i prezydenckimi, dwa, że takie dyskusje dyktowane programem w TiVi są z góry skazane na porażkę. I nawet Palikot tu nie pomoże.

Dlatego też zostawiając polskie piekiełko "wojen ideologicznych" (co ciekawe chyba tylko kler i klerolubni politycy mogą te tematy uważać za ideologiczną wojnę), skupię się raczej na ostatnich ruchach horyzontalnych premiera - w myśl słów pewnej piosenki "prawy do lewego".

Ruchem z prawa można nazwać poparcie dla byłej szefowej MSZ Anny Fotygi na stanowisko ambasadora przy ONZ. Organizacja ta jaka jest to każdy widzi, nie zmienia to w niczym faktu, że na tak eksponowane stanowisko lepiej puścić kogoś kto ma własne zdanie, jest bardziej zbliżony do środowisk rządowych, a nie smyczy bliźniaków i co najważniejsze ma jakieś kompetencje. Bo jeśli o to chodzi to pani Fotyga może i nadaje się na ambasadora w jakimś mało znaczącym kraju - jak Gwinea Równikowa, czy coś w okolicach Kaukazu. No, ale kompromis musi być - szkoda tylko, że ze szkodą dla Polski.

Ruchem z lewa jest poparcie dla Cimoszewicza i nominowanie go do roli sekretarza generalnego Rady Europy. Ruch jak najbardziej korzystny dla PO - raz, że przekonać do siebie mogą niezagospodarowany elektorat centro-lewicowy, dwa, że potencjalny kandydat na prezydenta pójdzie w odstawkę. Nie ma też co się dziwić Cimoszewiczowi, że wkurwiony przepychankami lewicowych watażków narysował na nich grubą kreskę. Szkoda tylko, że z sekretarzowania wyjdzie wielkie nic, bo centrum i lewica europejska mają własnych ludzi, którzy pewnie się bardziej do tego nadają, a przynajmniej mają poparcie. To już lepiej by było, gdyby wystartował zwyczajnie do PE, bez pchania się na eksponowane stanowiska.

Dodając jedno do drugiego dochodzę do paru wniosków: PO wciąż stara się gospodarować lewą stronę, która specjalnie nie ma swoich reprezentantów, pokazuje to, że wciąż chce być partią dla wszystkich - poza skrajnościami. Na ile uda się jej łączyć prawe z lewym zobaczymy. Gorączkowe sklecanie list do wyborów do PE pokazuje też, że braki kadrowe w tejże Platformie są widoczne gołym okiem - brakuje twarzy znanych lub fachowych, które można by wystawić i liczyć na dobry wynik, trzeba więc dokoptowywać ludzi vide Hubner.

Ruchy na prawo wskazują, że potrzebny jest ugłaskany mały prezydent - ot choćby, żeby za bardzo nie mieszał. A także, że potrzebny jest nowy minister spraw zagranicznych, bo Sikorskiego jakoś nad wyraz chętnie chce się wyprawiać na stanowisko szefa NATO. Czy akurat człowiek z dosyć niewyparzonym językiem, nie mający za sobą kariery i doświadczenia sztabowego (bo imo lepszy byłby tam jakiś obeznany z wojskowością jenerał) nadaje się na to stanowisko? Raczej nie - zwłaszcza biorąc pod uwagę stosunek Sikorskiego do naszego wschodniego sąsiada.

Tak czy inaczej cyrk trwa dalej - zobaczymy tylko co z tego wyjdzie - a pewnie poza Fotygą udającą ambasadora nic wielkiego.

wtorek, 3 marca 2009

Gdzie się podziała tamta Lewica?

Tekst w ramach Debaty.

Przez tamtą mam na myśli lewicę, która dwukrotnie wyniosła Kwaśniewskiego na stołek prezydencki, czy w roku 2001 utworzyła koalicję rządzącą z UP. Jakby nie oceniać ówczesnego SLD i tego co z niego wyszło do 2005 roku, nie pozostawia cienia wątpliwości fakt, że wtedy była silna, z widocznym przywództwem.

Dziś jest zaledwie cieniem - z dziwnym triumwiratem u władzy pod postacią Napieralskiego, Olejniczaka i dołączającego się gdzieniegdzie Szmajdzińskiego. Dodatkowo na swoim podwórku ma konkurencję w postaci PdP. Które to właściwie jest strasznie dziwną mieszanką centro-lewicy z centrum. Mieszanką, która źle działa zarówno na PD jak i na SDPl i Zielonych.

Poza postępującym rozdrobnieniem, kłótniami na szczycie i niemożnością porozumienia najważniejszym chyba problemem dla lewicy jest brak jakiegokolwiek programu. Nie ma z czym iść do ludzi. Elektorat "socjalny" wpadł w ręce PiS, działania idące w kierunku większego pluralizmu - zrównanie w prawach homoseksualistów są mało popularne wśród wciąż sporej ilości społeczeństwa, walka o świeckość państwa prowadzona jest chaotycznie i zbyt agresywnie momentami, co stawia taki Sojusz jako agresora, a nie obrońcę przeciwko postępującej teizacji. Jak tam obie radzą z feministkami, czy innymi równouprawnieniami to nawet nie wiem. Wiem za to, że Zieloni w ramach PdP jakoś szczególnie ekologią nie dali rady zabłysnąć.

Wniosek nasuwa się jeden: lewica coraz bardziej upada, a to jest sytuacja zła, bo prowadzi do polaryzacji sceny politycznej na centro-prawicę i radykalną prawicę, a za dużo prawicy tworzy nieprzyjemny klimat. Zwłaszcza, że wciąż istnieje szansa, że ludzie będą lgnąć do PO w ramach anty-PiSu.

Droga jaką mogłaby obrać lewica jest drogą, którą pewnie nie pójdzie - drogą, gdzie trzeba by zakopać stare sztandary i wykorzystać zaplecze i liderów mających chęci do współpracy i stworzyć jedną, silną i wyraźną partię lewicową. Jeśli to się nie stanie to Sojusz zacznie prawdopodobnie coraz bardziej uciekać do lewej ściany i betonować się na ustalonych pozycjach, mając z roku na rok coraz co bardziej się kurczący elektorat.
Pozostałe partie natomiast bez zaplecza i struktur staną się jedynie kanapówkami, które realnego wpływu mieć nie będą.

Dojście do konsensusu i umiejętność porozumienia - to jest droga jaką lewica powinna iść, nawet jeśli miałoby to oznaczać stworzenie nowej partii, pod nową nazwą i logiem (co ciekawe na prawej stronie się to udaje vide PO czy PiS), drobnica zaś będąca balastem powinna zostać odstrzelona i niech dalej się marginalizuje, jeśli nie chce współpracować.

W przeciwnym razie czekać nas będą ustawiczne przepychanki między PiS a PO, przy założeniu oczywiście, że frekwencja będzie dopisywać - bo jeśli nie dopisze to wiadomo, kto ma bardziej zdyscyplinowany i pójdący na każde skinienie wodzów z Żoliborza i Torunia, elektorat.

sobota, 28 lutego 2009

Kaczyńskiego polityka "miłości inaczej"

Od kongresu PiS, na którym zaprezentowano nowy program i odnowionego prezesa w Wiśle trochę wody smętnie popłynęło. Cały miesiąc to chyba właściwy okres by ocenić na spokojnie zmiany jakie zaszły w prezesie i polityce partii. Ocenić, a następnie spuścić do klopa - bo tak naprawdę to zmieniło się niewiele.

PiS poszedł po rozum do głowy, a tak przynajmniej mogłoby się wydawać i z partii twardej, krzyczącej, warczącej i walczącej próbuje się zmienić w partię kompetentną, krytykującą i nie wdającą się w kłótnie. Normalnie przez pierwsze dni miało się wrażenie, że jak się im z płaskiej dłoni zafunduje, to nadstawią drugi policzek.

Ale to tylko pozory. Pod zmianą wizerunkową kryją się wciąż ci sami ludzie, którzy chyba nawet nie do końca się czują dobrze w roli grzecznych dzieci. Kompetencje, czy wiedza się nie poprawiły - tego się nie da zmienić Photoshopem, czy ładnym uśmiechem. A brak tej wiedzy jest widoczny.

Kaczyński to polityk, który nie zna się na budowaniu - on musi niszczyć, musi mieć wrogów, tylko w ten sposób jest w stanie zbudować jakieś zaplecze wokół siebie, a i niewykluczone, że kiedyś to właśnie zaplecze trafi na celownik.

Pokazał to już w okresie 2005-2007 kiedy najpierw skumał się z Samoobroną i LPR, a następnie włąściwie wykończył ich, wchłaniając sporą część elektoratu tych partii - w sumie jedyne co dobre, szkoda, że jeszcze w części posad państwowych się to pałęta.

Teraz też przyjmując postawę odpowiadania na "nieuzasadnione" ataki, robienia z siebie pokrzywdzonego, "krytykowania", w ich i może ich elektoratu mniemaniu, kompetentnego krytykowania działań rządu chce się ucywilizować. Pokazać, że się stara, ma pomysły, ale zły rząd ich olewa. A oni przecież dla nas to robią.

Tymczasem jest to skalkulowane działanie, mające na celu tylko i wyłącznie to co przedtem: dorwanie się do władzy i budowę koronnego projektu jakim jest IV RP. Pakiet antykryzysowy jest w większości punktów robiony przez ludzi mających niewielkie pojęcie o ekonomii i jest nawet więcej niż z lekka dodupny.

Postawa sprzeciwu wobec euro nie opiera się na żadnych przesłankach merytorycznych, a jedynie populizmie, prezydent niby wszystkich chce godzić, niby nie jest prezydentem PiSu, a wciąż działa tak jakby brat go miał na sznurku i wciąż, mimo zapowiedzi, zgodnie z linią partii z której się wywodzi.

Cała ta zmiana to wciąż ten sam prezes i wciąż ten sam PiS - zmieniły się może metody, ale nie zmienił się ich motyw i cel. Wilk udający owcę-męczennika, którego wszyscy olewają, a on biedny chce pomóc wciąż pozostanie wilkiem. I być może niektórych, rozczarowanych działaniami PO zmiana przekonuje - ale nie mnie. Ja wciąż pamiętam 2 lata rządów PiS, złamane obietnice, bratanie się z radykałami, politykę historyczną i cały szereg ataków jakie PiS w tamtym i późniejszym okresie przeprowadził. Nie cierpię też na przypadłość zwaną "sentymentem do PRL" i za żadne skarby nie chcę powrotu tej partii do władzy - wręcz chciałbym, żeby trafiła w końcu razem ze swoim prezydentem tam, gdzie jej miejsce: czyli na śmietnik historii.

I nie przekonają mnie słowa prezesa, ani tym bardziej jego czyny pod postacią marnych spotów przedwyborczych - bo na to jest nastawiona kampania miłości - na wybory do PE i w dłuższej perspektywie na wybory do parlamentu. A nie na poprawę sytuacji Polski. Bo prezes kochać może co najwyżej siebie, ale na pewno nie swoich politycznych przeciwników.

wtorek, 24 lutego 2009

Demerytokracja

Na pojęcie merytokracja trafiłem w sumie przypadkiem. W najbardziej ogólnym znaczeniu jest to forma sprawowania władzy/pełnienia funkcji, gdzie kryterium stanowią talent i umiejętności. Niby nic nowego, bo przecież niejednokrotnie spotykamy się z sytuacjami, gdzie ludzie z doświadczeniem, wiedzą i umiejętnościami sprawują stanowiska kierownicze, czy też kierownicy zatrudniają ludzi zdolnych, obrotnych, umiejących się odnaleźć w sytuacji.

Jako forma sprawowania władzy może budzić kontrowersje chociażby z tego względu, że o ile dosyć łatwo zweryfikować umiejętności czy wiedzę, o tyle talent jest tutaj rzeczą niejasną. Niewątpliwie jednak system taki ma zalety w porównaniu do systemów, gdzie pozycja osiągana jest poprzez koneksje, dziedziczenie majątku, nepotyzm, czy w wyniku plebiscytu popularności lub poprzez jej zagarnięcie. Prowadzić by też mogła do technokracji lub skupienia władzy i przywilejów w rękach wąskiej grupy.

Obecna jest jednak mimo wszystko w sporcie, działaniach open sourceowych, czy w zwykłym życiu, choć może zahaczać niekiedy o społeczny darwinizm. Pisał także o niej Platon w swojej Republice.

A czym jest demerytokracja? Grą słów, połączeniem demo i merytokracji. Wszak wiadomo, że pomimo dosyć otwartej formy demokracji, która zakłada pluralizm i równość wobec np. prawa, czy zasadzie reprezentacji funkcjonują różnego rodzaju ograniczniki.

Kryteriów merytokracji nie powinno się stosować jako cenzusu w przypadku czynnego prawa wyborczego, jednak jak najbardziej powinna być stosowana w przypadku prawa biernego. Na pewno jest to pewne ograniczenie zasady reprezentacji, ale nie można zapominać, że rządzący powinni być ekspertami w swoich dziedzinach. Do czego prowadzą przedwyborcze kiermasze i niedoinformowane społeczeństwo, mieliśmy okazję widzieć nie raz.

Mawia się, że jakie społeczeństwo tacy rządzący i to jest niestety prawda - ładny uśmiech, niekaralność i wiek to zdecydowanie za mało, żeby potencjalny kandydat miał predyspozycje do sprawowania władzy. A może być nawet i gorzej, gdy kandydatem jest populista. Dodając do tego odpowiednie wykształcenie czy doświadczenie zyskujemy trochę więcej pewności, że gość, który do nas mówi z telewizora nie obiecuje cudów na kiju i istnieje szansa, że oprócz psucia i realizowania jakiejś własnej wizji będzie pracował jak najwydajniej - oczywiście przy odpowiednim wynagrodzeniu i odpowiedzialności za ponoszone porażki.

niedziela, 15 lutego 2009

Panie Andrzeju, pan się nie boi...

...pan premier murem za panem stoi. A i również partia murem stanęła jak to mieliśmy okazję ostatnio widzieć.

Gdy wyszła sprawa długów ministra Czumy nie chciałem niczego komentować, ani decydować w jedną czy drugą stronę. Mimo, iż kompetencji do piastowania urzędu ministra i Prokuratora Generalnego temu panu brak, mimo, że za nim nie przepadam to uznałem, że lepiej poczekać co z tymi rewelacjami będzie i ile z nich okaże się być prawdziwymi.

Okazało się w końcu, że długi były - niby minister je pospłacał i już ich nie ma, ale... dopiero po wyrokach sądu - co ni mniej, ni więcej oznacza, że wierzycieli to on raczej zbyt uczciwie nie traktuje. Już samo to wystarczyłoby, by w większości cywilizowanych krajów minister podał się do dymisji. Bo jednak osoba na tak eksponowanym stanowisku powinna mieć czyste konto.

A to jeszcze nie koniec: niedopuszczalne oskarżenie prokuratorów (podwładnych było nie było się publicznie nie ośmiesza), wypowiedź przy sprawie śmierci porwanego geologa, niejasności z oświadczeniem majątkowym(?), pełnienie funkcji w prywatnej firmie, zatrudnienie własnego syna jako koordynatora, strona z listą "kapusiów".

Tyle wpadek, niedopatrzeń i ataków sklerozy wystarczy już, żeby z automatu został zdymisjonowany. Brak elementarnego szacunku do podwładnych, niedyskrecja, nepotyzm, łamanie prawa (nawet TW ma jakąś ochronę prawną) - lista jest długa i pokazuje wyraźnie, że oprócz braku kompetencji, Andrzejowi Czumie brakuje również powściągliwości, dyskrecji i lecytyny.

Tymczasem premier dymisjonować nie chce, nie widzi do tego powodów, choć ministra na dywanik zawezwał. Inni politycy PO również przyłączają się do obrony, językiem nawiązując do języka POPiS z 2005 roku, bądź dwóch lat IV RP.

Jakieś bliżej nieokreślone grupy nacisku, medialna nagonka, lęk o interesy - no normalnie jakby powtórka z "układu" a biedny Czuma był celem tych ataków tylko dlatego, że jak przestanie wpadać to od razu z kopyta ruszy i wszystko posprząta. I dlatego się go boją.

A prawda raczej wygląda inaczej i jej część została już ukazana po dymisji Ćwiąkalskiego. Platformie brakuje ludzi - ławka rezerwowych jest właściwie pusta, a znane osobistości odmówiły przyjęcia stołka. I być może właśnie dlatego wybrano Czumę, który po studiach prawniczych jest i miał tą swoją krystaliczną, opozycyjną przeszłość, która miała gwarantować jego uczciwość. Tymczasem kryształek pękł i rozsypał się w drobny mak, a Tusk został z klopsem.

Kolejna dymisja w tak krótkim czasie zachwieje notowaniami, kandydata na zastępstwo najwyraźniej brak. Tylko, że dalsze wpadki ministra właściwego do ich spraw nie dosyć, że negatywnie wpłyną na odbiór rządu, to dodatkowo nie ma się co spodziewać, że ministerstwo będzie pracowało wydajnie. Podobnie prokuratura.

Ale panie Andrzeju pan się nie boi - póki co stanowisko bezpieczne, chyba, że znajdzie się następca, albo skrewi pan tak bardzo, że nawet Tusk będzie musiał przyznać, że się pan nie nadaje. A ja tymczasem uważam, że do złożenia dymisji powinno dojść - choćby już przez wzgląd na tą jakoby nieskalaną reputację i szacunek do samego siebie i urzędu.

środa, 11 lutego 2009

PiS vs UPC - rzecz o TV TRWAM

A zaczęło się to tak:
List do do prezesa sieci UPC Simona Boyda podpisało 17 senatorów PiS. ”O ile pan prezes nie przywróci Telewizji Trwam w sieci kablowej UPC Polska, będziemy musieli podjąć parlamentarne interpelacje i żądać interwencji rządowej, nie wyłączając wniosku o cofnięcie koncesji na telewizyjny przekaz kablowy przyznany UPC Polska” - zagrozili.
Sprawa rozbija się o usunięcie Rydzykowizji z oferty programowej UPC (prywatnej sieci kablowej - przyp. ariakis). W pełnych uniesienia słowach mówi się od odbieraniu milionom widzów jedynego i prawdziwego katolickiego głosu w naszych odbiornikach. Najwidoczniej TV Religia ze stajni ITI na miano true katolickiej nie zasługuje - prawdopodobnie przez poruszanie spraw związanych nie tylko ze sferą sacrum sensu stricte, ale też okołoreligijnych - pozbawionych przy tym odpowiednio fundamentalistycznego i ultrapatriotycznego wydźwięku.

Co ciekawe zdanie UPC na ten temat wygląda nieco inaczej - zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt wygaśnięcia umowy, a nie jej zerwania oraz tej kilkumilionowej rzeczy odbiorców pozbawionych swojej ulubionej tivi:

UPC Polska to największy operator kablowy w kraju, dociera do około miliona abonentów. "Dostęp do stacji miało 700 tysięcy klientów, co nie znaczy, że wszyscy ją oglądali" - wyjaśnia Gołos. Twierdzi, że gdy Telewizję Trwam usunięto, niewielu abonentów skorzystało z regulaminowej możliwości zerwania umowy z UPC (mogą tak zrobić, gdy operator sam zmienia ofertę, której dotyczy umowa).


Poza rozbieżnościami w wersjach dosyć znamienne jest to, że senatorowie partii, która w swej nazwie odwołuje się do pojęć bardzo pozytywnych posuwają się do zwyczajnego lobbingu na rzecz prywatnej stacji toruńskiego redemptorysty, oraz do szantażu prezesa prywatnej firmy, która nie ma żadnego obowiązku nadawania jakiegokolwiek kanału, którego nie chce w swojej ofercie (a przypominam, że w wolnorynkowym świecie, program ustala się pod wymagania płacącego klienta).

Powstaje nie po raz kolejny pytanie czy tak jawne i karygodne działania polityków, lobbujących nie tyle już za opcją wyznaniową godzącą w świeckość i neutralność państwa, ale wręcz za swoim medialnych głosem, tubą i protektorem mogą być akceptowane przez społeczeństwo?
Czy nie zauważa się, że konsekwencje wybierania prawicy tej bardziej skrajnej w postaci LPR i PiS lub tej bardziej centrowej jak PO nie prowadzi powoli do łamania standardów wynikających z rozdziału państwa i kościoła, oraz do natrętnego serwowania nam jedynie słusznego światopoglądu?

Co do samego TV TRWAM - skoro taką troską otacza swoich telewidzów to czemu nie postara się o możliwość nadawania przez nadajniki naziemne obok puszczania się przez satelity?
Pewnie wcale, ale to wcale nie chodzi o kasę. ;]

Enjoy.

wtorek, 10 lutego 2009

100:1 czyli co powinna zrobić Polska w sprawie porwania i zabójstwa Polaka

100:1 to jeden z pomysłów na jakie się natknąłem podczas przeglądania for, konkretnie tyczy się on proporcji w jakiej powinniśmy wykańczać talibów (brak sprecyzowania czy chodzi o talibów ogólnie, czy tych odpowiedzialnych za śmierć polskiego inżyniera). Patrząc na reakcje, które są efektem działalności pakistańskiego rządu w przypadku niektórych naszych rodaków proporcja ta ulega zmianie i niekoniecznie dotyczy talibów, ale również poszerza się na Pakistańczyków.

Sama sprawa została dosyć mocno nagłośniona w mediach dopiero w ostatnich dniach - upływające ultimatum, szereg wypowiedzi polityków, w końcu informacja od porywaczy i gorączkowe weryfikowanie jej prawdziwości. Wygląda zupełnie jakby w tych ostatnich dniach starano się zapełnić lukę, która powstawała przez ostatnie 4 miesiące.

A zupełnie na boku, już poza okiem mediów i polityków (choć nie omieszkują oni okazywać współczucia i łączenia w bólu) rozgrywał się dramat bliskich, który przynajmniej do tej pory nie stał się karmą dla sępów.

Ale ja nawet nie do końca o tym chciałem napisać. Inspiracją dla tej notki są reakcje zarówno ze strony opozycyjnych polityków, jak i sporej cześci internautów komentujących tu i ówdzie. Niezmiernie rzadko słyszy się głosy rozsądku, które toną w oskarżeniach kierowanych w stronę rządu i premiera, Pakistanu w szczególności oraz róznego rodzaju pomysłach mających na celu dokonanie aktu, najlepiej niezwykle efektywnej i krwawej, zemsty z użyciem służb specjalnych.

Spójrzmy na sytuację na chłodno:
  1. Porwanie miało miejsce na terenie Pakistanu
  2. Pakistan to kraj, w którym rząd nie ma zbyt silnej pozycji i oprócz róznej maści bandytów musi sobie radzić z bandytami bardziej oficjalnymi i niezadowoleniem społęcznym
  3. Także kraj, który jest lokalnym mocarstwem, głównym sojusznikiem USA w rejonie, kanałem dla transportowania zaopatrzenia dla polskich żołnierzy w Afganistanie, oraz rywalem Indii, które lubią polski przemysł zbrojeniowy
  4. Warto pamiętać, że kraj ten jest też bardzo wyczulony na punkcie własnej suwerenności i wątpliwym jest by pozwolił polskim specsłużbom i komandosom hasać po ich terenie
  5. Ultimatum terrorystów było skierowane do rządu pakistańskiego, a nie polskiego

Zbierając te punkty do kupy rodzi nam się powoli obraz sytuacji, w której polski rząd mógł zrobić niewiele poza naciskaniem na stronę pakistańską, która to strona musi się liczyć z tym, że żądań takich dostaje parę liczba porwanych w Pakistanie osób wcale taka mała nie jest). Dodatkowo należy brać pod uwagę fakt, że rząd, który ugina się (przynajmniej oficjalnie) pod żądaniami terrorystów zazwyczaj nie funkcjonuje zbyt długo i/lub może liczyć na to, że łagodna postawa zapewni im w przyszłości wzrost liczby żądań.

Polska w tym równaniu musiałaby mieć jakiś naprawdę mocny atut, który by przekonał Pakistańczyków do wymiany więżniów na Polaka. I naprawdę oderwanym od rzeczywistości jest oskarżanie Tuska o to, że sprowokował porywaczy. Po pierwsze mało prawdopodobne, żeby słuchali oni wiadomości z Monachium i sobie tłumaczyli z polskiego na ichni, po drugie wiadomym dla każdej ze stron jest to, że oficjalnie się nie negocjuje, a nieoficjalnie załatwia takie sprawy pod stołem.

Rewelacje ministra Czumy o znajomości personaliów porywaczy i ich rodzin są również mało wiarygodne - po pierwsze skąd minister miałby je znać, po drugie nawet jeśli doszły do strony polskiej to mało w tym zasługi polskiego wywiadu wyprodukowanego przez Antonia Likwidatora, a więcej sojuszniczych, które mają większe możliwości do ich zebrania i przekazania.

Nawet zaś znane dają niewiele - Polska to nie mocarstwo typu USA, Rosja czy Chiny i bez silnego sojusznika nie może sobie pozwolić na wyskoki dyplomatyczne czy wpuszczanie komandosów na terytorium suwerennego państwa. To po prostu nie są nasze progi a i niewiadomo czy ktoś z gigantów by na to poszedł. Nagroda w wysokości 1 mln złociszy to już jakiś taki bardziej stonowany ruch, chociaż 300 tys. dolarów brzmi lepiej - przynajmniej dla ludzi, którzy żyją na tych terenach i dolara w odróżnieniu od złotówki znają.

Jakie więc konkluzje? Ano takie, że pomimo niewątpliwej tragedii jest to tragedia przede wszystkim rodziny inżyniera, a nie całego kraju i akcje mające nabić słupki popularności są naprawdę nie na miejscu. Podobnie jak i robienie z tego żałoby narodowej czy darcie na sobie szat i wygrażanie pieściami.
Stało się i nie odstanie - najważniejsze w tej chwili to spokojne przeanalizowanie sytuacji tak aby po pierwsze zminimalizować szanse wystąpienia takiej sytuacji w przyszłości, po drugie przeanalizowanie działań rządu celem stworzenia lepszej drogi nacisku i negocjacji i dopiero po trzecie zajęcie się porywaczami, chociaż akurat to trzecie może pozostać medialnym machaniem szabelką, bo bez wsparcia Pakistańczyków i sojuszniczych służb dużo sami nie zdziałamy.
Nasuwają się też pytania dotyczące walki z terroryzmem, metod jej prowadzenia i zasadności atakowania i okupowania obcych państw (vide Irak i Afganistan).

piątek, 6 lutego 2009

Polacy przy Okrągłym Stole

Dziś 6 luty - mamy więc okrąglutką rocznicę wydarzeń, które trwale odmieniły naszą rzeczywistość i doprowadziły do pokojowej zmiany ustroju. Tak, tak - zmiany - niezależnie od tego co niektórzy mówią czy piszą Okrągły Stół był tym wydarzeniem, który pozwolił nam zakosztować wolności i demokracji. Jasne, nie obyło się przy tym bez targów, nie obyło się bez pozostania ludzi związanych z reżimem w życiu politycznym i społecznym. Ale nie można też nazywać Okrągłego Stołu spiskiem elit, czy zdradą Polski. Był sukcesem - zarówno ówczesnych władz, opozycji, jak i nawet Episkopatu, który pośredniczył w rozmowach.

Sukcesem, który udało się nam zmarnować - bo pomimo 20 lat demokracji wciąż jesteśmy dziećmi w piaskownicy, nie potrafiącymi korzystać, wykorzystywać i cieszyć się z tego co udało się osiągnąć 20 lat temu. Wciąż jako naród liczymy, że ktoś nami pokieruje, ktoś rozwiąże wszystkie problemy. A przecież nasz los jest w naszych i przede wszystkim naszych rękach. To my naszymi działaniami i wyborami kształtujemy nasze życia i otaczającą nas rzeczywistość. A jednak tak niewielu zdaje sobie z tego sprawę i tak bardzo marnowany jest potencjał polskiego społeczeństwa, który został pokazany w tych przełomowych momentach transformacji. Po części dzięki gryzieniu i gierkom na górze, po części dzięki gryzieniu i oskarżaniu tu, na dole.

Co do ocen OS to można spotkać się z różnymi skrajnościami. Zależy jaką gazetę czy magazyn poczytamy, czy, którego polityka będziemy wysłuchiwać. Mi osobiście spodobały się wypowiedzi Cioska na łamach "Przeglądu" i zbiór wypowiedzi uczestników Okrągłego Stołu na łamach dzisiejszej "NTO". Wypowiedzi obrazujące zwycięstwo racjonalizmu i pragmatyzmu nad polityką niekończącej się wrogości. Zwycięstwo pewnego kredytu zaufania i zrozumienia, że z drugiej strony też są ludzie - tacy sami, choć o innych poglądach.

Bardzo mi się tez spodobała wypowiedź Michnika, który na konferencji dotyczącej wzmiankowanego wydarzenia przyłożył cytatem z "Gazety Polskiej" i reakcja z jaką "rewelacje" spotkały się ze strony uczestników. Niezależnie od tego co sądzimy o uczestnikach i samym Okrągłym Stole nie można zapominać, że inne scenariusze prawdopodobnie skończyłyby się dużo gorzej i z tego samego miejsca startowali ówcześni decydenci - starali się stworzyć taki kompromis, który dopuściłby do zdemokratyzowania życia w Polsce, jak i nie odsuwałby ówczesnej władzy na boczne tory. Bo równie dobrze, gdyby walczyło się do samego końca zakończyłoby się klęską lub scenariuszem rumuńskim/białoruskim/ukraińskim/innym.
Musieli podjąć jakieś decyzje.

Tymczasem zagorzali przeciwnicy i opluwacze Okrągłego Stołu, Magdalenki i III RP jako całości, nazywający go zdradą i spiskiem elit to ci sami ludzie, którzy najgłośniej krzyczą o patriotyzmie, najgłośniej gloryfikują polskie klęski i stawiają je jako przykład działań pozytywnych, które trzeba podejmować i żyją w smutnym, dwubarwnym świecie, gdzie oni są czyści i biali, a reszta to zło, niedobro i coś co trzeba osądzić, zgnoić, zniszczyć. Ludzie, którym myślenie zastąpiły ideologiczne hasła, z mentalnością ściany, która te hasła umie jedynie odtwarzać.

Jak chociażby Antoni "kto to - likwidator WSI" Macierewicz wciąż mamroczący coś o sterowaniu z Moskwy. W sumie "Pierestrojka" Gorbaczowa to była już sprawa formalna, ale ciężko oczekiwać, że sami obalali swój system i tylko nam taką sprytną ściemę wpuścili? A i pewnie Mur berliński z inicjatywy KGB padł. ;)

Z takim myśleniem należy skończyć - jak najszybciej. Wziąć w swoje ręce własne życie i zamiast rozliczać się z przeszłością skorzystać z tego co nam dała. A dała jednak możliwość wyboru, dała demokrację - wprawdzie niewydolną, niedojrzałą ale jej kształt zależy tylko od nas. Dlatego należy spojrzeć w przyszłość i podziękować, że mamy aktualnie możliwość ot chociażby takiego blogowania, wypowiadania opinii, czy wybierania list w wyborach. ;)

Z rozliczaniem skończył nawet ostatnio panujący nam prezydent. ;)

Stojąc przy historycznym meblu prezydent przedstawił swoje dwie interpretacje Okrągłego Stołu. Według pierwszej, Okrągły Stół to fundament, którym powstała Rzeczpospolita. Druga, według prezydenta, określa podpisaną umowę społeczną zmową elit. - Procesy demokratyzacji zostały wstrzymany. Korzyści wyciągnęli ci, którzy ją podpisali umowę i ich zaplecze - podkreślił prezydent i dodał, że według niego ta interpretacja jest nieprawdziwa. On sam uważa Okrągły Stół za zdarzenie polityczne, które odbyło się w pewnych określonych okolicznościach. Podkreślił, że w Magdalence nie doszło do żadnej zdrady, a socjalistycznemu establishmentowi nie obiecywano tam żadnej własności.

Ciekawe tylko czy naprawdę tak myśli, czy to część zmian w wizerunku? ;)