Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozrywka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozrywka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 marca 2009

Nienarodzony


Motywowany kończącą się ważnością biletu, który ongiś tam został wywalczony na Politechnice i służyć miał integracji grupowej, która z racji różnych przyczyn nie doszła do skutku, postanowiłem ruszyć się na coś do kina. Mając do wyboru jakieś komedie, dramaty historyczne i horror, uzbrojony w przyuważony kiedyś na słupie plakat i krótką zapowiedź łykniętą ze strony kina ruszyłem na Nienarodzonego.

Mroczna historia o przyczajonym Niedobru, która sięga czasów wojny i wyciąga mroczne łapska w kierunku całkiem ponętnej bohaterki wydawać by się mogła całkiem dobrą rozrywką w deszczowe, niedzielne popołudnie.

I tak do meritum przechodząc - owa ponętna bohaterka (swoją drogą jednym z niewielu atutów filmu jest jej paradowanie z łazienki do pokoju i z pokoju do łazienki w kusym stroju) ma nieszczęście zostać celem dybuka, który raz to jest kabałowym niezmarłym, który błąka się pomiędzy światami i nęka żyjących, a raz złem, które pochodzić by miało jeszcze z czasów, gdy wszechświat nie puścił korzeni.

Zaczyna się stereotypowo - krótki wstęp zwiastujący nadejście Czegoś Złego, przedstawienie bohaterów, poprzez kolejne sceny to powodujące piski, krzyki i nerwowy śmiech nastolatek siedzących rząd za mną, to powoli naświetlające mroczne wydarzenia, których początek znajdujemy w badaniach nazistów i gehennie obozu koncentracyjnego. I tak razem z główną bohaterką mierzyć się będziemy ze strachem, diabełkami wyskakującymi z pudełek, w towarzystwie innego robactwa, opętanymi dziećmi, aż do Poznania Tajemnicy, Poszukiwań Rozwiązania i wreszcie Ostatecznego (czy aby na pewno?) Rozwiązania. Wszystko to w atmosferze trochę po macoszemu potraktowanej historii o dybuku, okraszonej odrobiną żydowskiego mistycyzmu wypieczonych na dobrze znanych schematach.

Sam film nie szokuje innowacyjnością, oryginalnością czy fabułą. Ta ostatnia momentami jest dziurawa i pozostawia pytania 'dlaczego tak?', 'dlaczego on?' i tym podobnymi dziurami, których na plus opowiadaniu zaliczyć nie można. Gdyby przyłożono się do scenariusza, wzięto przykład choćby z Egzorcyzmów Emily Rose, wydłużono go o dobre pół godzinki to wyszedłby całkiem dobry horror, z trzymającą się ładu historią i napięciem, którego wprawdzie tutaj nie brak, ale serwowane jest raczej jak cios z bejzbola, zamiast być umiejętnie budowanym. Muzyka jakoś specjalnie też mi w ucho nie wpadła.

Tak więc mamy horror tylko niezły, który zachwycać nie zachwyca, ale przynajmniej odstaje od wszelakich produkcji ze świrusami, którzy zamykają ludzi w dziwnych miejscach i każą odgryzać sobie kończyny, gnijącymi zombie-ludojadami czy innymi zmutowanymi psycholami. Brak tutaj nastroju grozy, tajemniczości, tego czegoś po czym wychodzi się w deszczowy wieczór z budynku z poczuciem zaspokojonych zmysłów i oddechem ulgi. Ale... na 5 z małym plusem w dziesięciostopniowej skali film zasługuje. Jak na rozrywkę w deszczowe, niedzielne popołudnie nie narzekam, parę razy zdarzyło się wbić z lekka w fotel, chociaż bardziej dzięki różnym dzwiękom z widowni, towarzyszącym dosyć przewidywalnym scenom wyskakiwania różnych rzeczy przy otwieraniu lodówki.

P.S.
Pupa na plakacie jak najbardziej wydaje się być przymiotem oryginalnym, nietkniętym ręką grafika komputerowego - sama zaś pani to jeden z głównych atutów, obok reklamy Terminatora: Ocalenie, pozbawionego na szczęście kwadratowej szczęki Arnolda.