Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2009

Huśtawka złotego - czemu nie możemy ufać bankom i dlaczego powinniśmy myśleć

Kryzysu ciąg dalszy czyli wahania kursu złotego ostatnimi dniami.

Po oświadczeniu Goldman Sachs o zakończeniu akcji na złotym możemy być pewni, że ostatnie spadki złotego zostały nam ufundowane głównie dzięki kontrolowanym akcjom banków inwestycyjnych. A graczy na tym rynku jest kilku, żeby obok GS wymienić Rosenberga, czy JP Morgan lub Merrill Lynch i Unicredito.

Co ciekawsze 3 z wymienionych były również największymi wystawcami tak zwanych "zero kosztowych" opcji walutowych, które zapewniły naszym eksporterom straty, które gdzieniegdzie określa się jako mogące sięgnąć nawet 50 mld złotych. O samych opcjach walutowych i ich mechanizmach możemy poczytać tutaj (źr: mag w komentarzu na Lewym Sierpowym). Na podstawie badań możemy stwierdzić, że banki, które przynajmniej teoretycznie powinny działać tak by zarobić, ale również tak, aby klient był uczciwie poinformowany o zyskach, ryzyku i generalnie na jego korzyść, poszły w działania, które można porównać do plagi szarańczy i działały z premedytacją na niekorzyść swoich klientów. Owszem - można mówić, że sami sobie winni skoro zdecydowali się na hazard - ale czy tylko i wyłącznie oni, skoro to banki i spekulanci, a także ich analitycy stworzyli to kasyno, mechanizmy, a następnie sterowali wynikami maszyn?

Oczywiście cięzko jest udowodnić tą działalność, zwłaszcza biorąc pod uwagę specyfikę przepływów pieniężnych i różnego rodzaju kruczki, a także to, że celowo doprowadzono do deprecjacji złotego poprzez jego wyprzedaż lub publikacje analiz, które, powiedzmy, że miały na celu nie rzetelną informację, a zmniejszenie zaufania do naszej (i innych) waluty.

Należy do tego dołożyć kwestię ostatnich problemów z kredytami - zmiany marż, kosztów utrzymania, umów, trudności z odnawianiem kredytów, czy ich otrzymywaniem, a także politykę gromadzenia kapitału i transferowania go ze spółek córek do central.

Powyższe jak już wspominałem może być niezwykle trudne do udowodnienia na gruncie sądowym (gdybyśmy np. chcieli bawić się z opcjami walutowymi jak to chciał robić wicepremier Pawlak), a ich anulowanie, choć kuszące ze względu na zwalenie całych kosztów lub ich anulowanie na banki, mogłoby spotkać się ze spadkiem zaufania inwestorów do naszej gospodarki.

Warto tutaj pamiętać, że lobby bankowe ma wiele narzędzi opiniotwórczych i siłę, pod postacią kapitału, która znacząco przewyższa możliwości działania jakiegokolwiek państwa przeciwko nim, w pojedynkę.

Ale co by nie było - ostatnie zapowiedzi o interwencji na rynku walutowym spotkały się zarówno z pochwałą, jak i krytyką. W pierwszej kolejności faktycznie: twierdzenie, że będziemy bronić przy takim, a takim kursie to dalsza zachęta dla spekulantów, a spekulacje mają to do siebie, że będąc nastawione na szybki i wysoki zysk i obarczone wysokim ryzykiem nie trwają długo.

Nie mniej jednak po dosyć zaskakującej, po odbytej na drugi dzień po deklaracji, transakcji na rynku walutowym złoty się umocnił. Należy zauważyć tutaj, że pozytywne opinie ze strony największych graczy, które mówią o wzmacnianiu złotego i zapowiedzi o dalszych interwencjach państwa, oraz o dążeniu do ERM II mogą faktycznie wpłynąć na aprecjację/rewaluację złotego i wzrost zaufania do niego. Inwestycje publiczne i racjonalniejsza polityka oszczędzania (nie tniemy na pałę, tylko z głową i staramy się w jakiś sposób kredytować działalność przedsiębiorstw z pominięciem banków) też powinna pomóc.

Nie można jednak zapominać, że co udało się komuś zrobić raz, może zrobić i po raz drugi i zachować dalece posuniętą ostrożność przy operacjach na walucie. Nie można zapominać, że długotrwałe wyzbywanie się rezerw, wraz z zapowiedzią dalszych interwencji może spowodować również wzrost zainteresowania innych spekulantów i dalszą deprecjację złotego w wyniku ich działań. Wreszcie nie można zapominać, że analogiczne działania w Wielkiej Brytanii czy Rosji na dłuższą metę nie przyniosły skutków (choć czasem mówi się, że w GB Czarna Środa stałą się Białą Środą). Sam zaś trend kursowy warto zanalizować dopiero za czas jakiś.

Niezależnie jednak od działań, które zostaną podjęte warto zastanowić się nad rolą banków w kreowaniu pieniądza oraz w stworzeniu obecnego kryzysu. Także nad daleko idącymi ograniczeniami ich możliwości do spekulacji czy wyprowadzaniu kapitału oraz przymuszeniu do traktowania obszaru na którym działają priorytetowo.

Nie twierdzę tutaj jak niektórzy kultyści Misesa, że to wszystko wina braku parytetu złota, pustego pieniądza i polityce interwencjonizmu. Twierdzę wręcz, że interwencji jest za mało, a raczej smycz jaka powinna być nałożona na banki jest za krótka i zbyt przetarta, by unikać w przyszłości podobnych sytuacji. Jest to kryzys głównie systemu, w którym stawia się na krótkotrwały zysk, bez zwracania uwagi na koszty jakie mogą zostać poniesione przez osoby trzecie i de facto pokazanie, że całkowicie wolny rynek nie sprawdziłby się.

Grupy dysponujące dużym kapitałem mają tendencję do tworzenia zwartych korporacji, czy też oligopoli i stawia nas to przed zagrożeniami związanymi z korporacjonizmem jako systemem dyktującym warunki gry i będącym pewną formą rządów.

Stawia nas również przed koniecznością racjonalnego podejmowania decyzji dotyczących wybierania przedstawicieli do parlamentu. Musimy myśleć i to myśleć długoterminowo, co bywa problematyczne i jednocześnie musimy nie skupiać się na kabaretach politycznych i kiełbasie wyborczej, ale nabyć pewną wiedzę, która umożliwi nam podejmowanie odpowiedzialności za nasze czyny i działania mające realny wpływ na kształtowanie praw czy wywieranie wpływu na instytucje, które bądź co bądź mają służyć nam, a nie my im.

I obojętnie czy będzie to nasz rząd, lobby bankowe, farmaceutyczne, czy inne musimy zdawać sobie sprawę z tego, że informacje jakie do nas docierają muszą być przekalkulowane za pomocą tej szarej masy jaką mamy w głowie. Tylko dzięki temu będziemy w stanie odpierać działania mające na celu naszą niekorzyść i tylko w ten sposób będziemy w stanie bronić się przed socjotechnicznymi metodami wywoływania paniki.

wtorek, 17 lutego 2009

Płaca minimalna

Zostałem niejako wywołany do tablicy, więc śpieszę z polemiką. ;) Przy okazji wesprę się notką z blogu Thorgotha, która to dotyczy omawianej kwestii.

Pisałem już o projektach podniesienia płacy minimalnej i skrótowo dlaczego to zły pomysł. Nie zgadza się też z Intel-e-gentem w kwestii tego, że powinna być podwyższana - a przynajmniej w chwili obecnej i w proponowanej wysokości. Możemy się godzić na to, że z czasem będą rosły ceny i koszty utrzymania, ale zupełnie nie widzę powodów do tego by godzić się na ich ustawowy wzrost.

Płaca minimalna nie jest narzędziem wolnorynkowym, jest to jedno z narzędzi interwencjonizmu państwowego, które ma zabezpieczać pewne grupy przed nadmiernym wyzyskiem czy też przed życiem w skrajnej nędzy. Czyli ustawowe regulowanie jednego warunków umowy pomiędzy pracodawcą a pracownikiem. Można oczywiście polemizować nad tym czy jest to rzeczywiście konieczne czy też nie. Rynek nie jest idealny i nie ma wątpliwości, że czasem jakieś korekty są potrzebne, ale korekty przeprowadzane z głową i na miarę możliwości ekonomicznych, a nie nabijania sobie poparcia.

Mamy kryzys - przedsiębiorstwa stają przez zalegającą w magazynach produkcją, brakami zamówień, utratą płynności finansowej, groźbami ze strony banków (np. słynne ostatnio opcje walutowe czy żądania spłaty kredytów), utrudnionym, a wręcz uniemożliwionym dostępem do kredytów. Do tego muszą ciąć koszty, jakoś funkcjonować lub upadać. I w tym momencie rodzi się pomysł by jeszcze bardziej utrudnić im życie - poprzez dodatkowe zwiększenie kosztów.
A tak - bo płaca jest kosztem i pal licho jeśli wytwarza wartość dodaną, gorzej jak jej nie wytwarza, a my i tak za nią płacimy. ;)

Zarabiając 1500 zł brutto pracownik otrzymuje netto niecałe 1112 zł, a pracodawcę kosztuje on prawie 1780 zł. Przy umowie o pracę. Żeby otrzymać netto niecałe 1500 zł płaca brutto musiałaby wynosić 2050 zł, a koszt pracodawcy około 2430 zł. Widać różnice, co nie? To nazywamy "klinem podatkowym" lub kosztem pozapodatkowym - ogólnie składki, które musi za nas płacić pracodawca.

Wg danych IPISS na wrzesień 2008 (konferencja dotycząca 2009 ma się zdaje dopiero odbyć) płaca minimalna na obecnym poziomie powinna wystarczyć do utrzymania 3 osobowej rodziny, w której obie osoby pracują za tą płacę minimalną na poziomie minimum socjalnego. Nieco gorzej to wygląda przy 4 i 5 osobowej rodzinie (oraz wzwyż).

Niemniej jednak warto zauważyć, że płaca minimalna dotyczy najcześciej osób, które mają najniższe kwalifikacje/wykształcenie, a ich praca nie ma istotnego znaczenia w skali przedsiębiorstwa - słowem praca jest warta niewiele (nawet i poniżej ustawowej płacy minimalnej), a również istnieje możliwość zastąpienia takich pracowników.

Do czego może prowadzić zwiększenie płacy minimalnej w okresie zwiększonych trudności przedsiębiorstw? W pierwszej kolejności są to:

  1. możliwość zwolnień pracowników "nieopłacalnych"
  2. zmiany umów o pracę na umowy o dzieło lub zlecenie
  3. przy wysokim bezrobociu i fakcie, że rozchodzi się najczęściej o pracę nie wymagającą wielkich kwalifikacji ryzyko zwolnienia z powodu targowania się z pracodawcą wzrasta
  4. wzrost kosztów prowadzić może do wzrostu szarej strefy - płacenia pod stołem, co przełoży się na wpływ z podatków, wpływy na poczet ZUS czy FUS
  5. zysk jest to skrótowo przychód - koszty uzyskania przychodu, jesli chcemy zachować zyski (a to jest dosyć trudne w sytuacji zadłużenia i oszczędzających klientów) konieczne jest zwiększenie przychodów. Najprościej uzyskuje się to poprzez podniesienie ceny, dzięki czemu możemy tracić na konkurencyjności.
Przy zmianie rodzaju umowy możemy też zapomnieć o pozytywach, bo pracować będzie trzeba na starych warunkach - było nie było duże bezrobocie = dużo potencjalnych ludzi, którzy mogą pracować za nas i nie narzekać, do tego problem z naliczanie stażu, ubezpieczeniem, składkami emerytalnymi.

Jesli już koniecznie chcemy chronić pewnych gorzej przystosowanych pracowników to powinniśmy robić to w okresie dobrej koniunktury, kiedy przedsiębiorcy nie borykają się z problemami, które chce się im jeszcze zwiększyć. I należy tu brać pod uwagę wskaźniki inflacyjne lub medianę płacową, a nie średnią płacę, która nie jest w tym przypadku miarodajna.

Nie można też zapominać, że ucierpią na tym również osoby, które obecnie znajdują się na poziomie przyszłej/planowanej płacy minimalnej lub niewiele ponad nią. Nierzadko się zdarza, że pracują ciężej niż "konserwator powierzchni płaskich", a konserwacja stanowi dodatkowe zajęcie w chwilach, kiedy właściwa praca nie jest wykonywana, koszty utrzymania też mają. Nie można zapominać o ludziach, którzy nie raz i nie dwa kończąc jedną pracę zjadają obiad i idą do następnej, bo chcą jakoś żyć. Jak tutaj się ma pojęcie "sprawiedliwości społecznej" skoro jednym się daje, a innych zostawia "na lodzie". Jak to jest, że jedni ludzie mogą pracować ciężej, kształcić się, szkolić, pracować na dwa etaty, a inni już nie?

I wracając do wspomnianych konserwatorów - praca jest warta tyle ile chce za nią zapłacić pracodawca i w warunkach niskiej podaży tyle ile wynegocjuje pracownik. Nie ma nigdzie napisane, że musi ona przynosić pracownikowi zysk, czy musi pokrywać koszty utrzymania. Umowa o pracę i sam stosunek pracy jest dobrowolny - tak naprawdę nikt nie zmusza ludzi do tego by podejmowali pracę lub kontynuowali ją w sytuacji, gdy im nie pasuje.

poniedziałek, 16 lutego 2009

Polska Republika Socjalistyczna

Aż niemalże chciałoby się zakrzyknąć z entuzjazmem "Komuno wróć" lub ze zgrozą "O ja pier... ona wraca" gdy posłucha się niektórych pomysłów naszej opozycji bądź niektórych zażaleń związkowców. Oczywiście okrzyk zależnie od naszych upodobań i poglądów na gospodarkę.

Ale po kolei:

W piątek odbyły się pierwsze czytania dotyczące dwóch projektów w sprawie płacy minimalnej. Projekt PiS zakłada aby płaca minimalna była nie niższa od 1340 zł, natomiast projekt Lewicy dwuetapową podwyżkę płacy minimalnej: w 2010 do 45% przeciętnego wynagrodzenia, w 2011 do 50% tegoż.

Oczywiście wszystko w imię pomocy najgorzej zarabiającym. Ja wprawdzie ekonomię na studiach miałem jedynie jako przedmiot obowiązkowy i zajmuję się nią raczej hobbystycznie to nie łapię zupełnie w jaki niby sposób podwyższanie płacy minimalnej ma pomóc najgorzej zarabiającym?
Praca jest warta tyle ile wynegocjują pracodawca z pracownikiem - naturalnym jest, że pracodawca nie będzie płacił więcej niż jest w stanie wyciągnąć na pracy pracownika (dla przypomnienia płace są kosztem i jednym z elementów, który jest brany pod uwagę przy ustalaniu ceny produktu lub usługi).

Sztuczne jej podwyższanie generuje dodatkowe koszty na pracodawcy, który zwłaszcza w dobie kryzysu, gdy powoli coraz więcej firm traci płynność finansową, a koszty tną od jakiegoś czasu będzie dążył do tego by te koszty zmniejszać jeszcze bardziej. Nawet zakładając, że zdarzy się jakiś cud gospodarczy, który zakończy kryzys w roku 2009 to i tak po dupie dostaną ci, którym nasi lewicowi (tak, tak PiS to gospodarcza lewica) towarzysze w Sejmie chcą pomóc. Np. przez zwolnienia, czy też zmiany umów, które utrudniają naliczanie stażu do emerytury lub nie przewidują chorobowego.

Dostaniemy także my, gdy ceny pójdą w górę - a pójdą jeśli pracodawcy będą zmuszeni płacić więcej i jednocześnie skądś tą różnicę załatać. Nie wspominając już o zwiększeniu szarej strefy - płaceniu pod stołem lub zatrudnianiu na czarno.

Drugą rzucającą mi się ostatnio na oczy rzeczą jest narastający protest służb mundurowych skierowany przeciwko projektowi likwidującemu pewne przywileje (skądinąd same ta likwidacja nic nie powinna zmieniać, skoro niby policjantów idących na wcześniejszą emeryturę jest niewielu). Mówi się o zmienianiu reguł w czasie gry - szkoda, że nikt nie protestuje, gdy zmienia się reguły i np. podnosi pensje, co nie?
I ja bynajmniej nie uważam, że praca w służbach mundurowych jest lekka, płace wysokie, a sprzęt pierwsza klasa. Ale na chwilę obecną na stronie MSWiA o samym projekcie niewiele - ot jakaś wyliczanka jak to wygląda w innych krajach i to, że rozmowy z zainteresowanymi mają dopiero się odbyć. To może zamiast oprotestowywać coś czego jeszcze ina ma, zająć się merytorycznie problemem i przygotować jakieś pomysły, propozycje (możliwość dopracowania do 100%, nadgodziny, nocki czy co tam jeszcze), wypracować sobie pozycję do targów zamiast marudzić, że nie fair i, że w mediach się nagonkę robi. No nie dziwota, że jak ktoś oprotestowywuje odebranie przywilejów to ocena ludu pracującego, który tychże przywilejów nie posiada, a pracować musi dłużej jest raczej nie najlepsza.

I w ramach Debaty:

Czy powinno się celem ratowania polskiej gospodarki i polskich pracowników wprowadzać restrykcje dotyczące imigracji i blokować możliwość zatrudnienia obcokrajowcom?

Cóż - ja jestem liberałem, a nie związkowcem i przepływ towarów, usług, ludzi, kapitału to coś co traktuję jako rzecz równie oczywistą co codzienny wschód Słońca. Można oczywiście wprowadzać obowiązek np. stałego zameldowania, wizy, itp aby obcokrajowcy mogli sobie u nas mieszkać i legalnie pracować. Właściwie o tą legalność najbardziej chodzi, bo jeśli są zatrudniani na czarno (co i nam się zdarza) to stanowią konkurencję i to niemałą, gdy popatrzymy na to co pracodawca musi zapłacić za pracownika, a co trafia do państwa lub co pracownik musi odprowadzić naszej skarbówce.

Przy postępującej globalizacji, ułatwionemu podróżowaniu, poszukiwaniu lepiej płatnej pracy lub tańszych pracowników protekcjonizm się nie sprawdzi, a i wręcz może być szkodliwy, bo to samo co my mogą zrobić inni, a nie muszę chyba przypominać ilu Polaków sobie wyemigrowało w różne miejsca Europy i jak będzie się kształtowało bezrobocie w czasie recesji, gdy oni wszyscy zwalą się z powrotem?

Dodatkowo tak naprawdę nie jest ważne kto pracuje w naszych zakładach - ludzie konkurują ze sobą i muszą pozostawać konkurencyjni jeśli chcą pracę zyskać lub zachować. poza tym jeśli pracują u nas to również u nas zarabiają, to oni i pracodawcy w Polsce odprowadzają podatki i to również oni robią zakupy co przekłada się na to, iż inni producenci mają zamówienia. I tak spiralka się nakręca.

I tutaj cóż - w dobie globalizacji ciężko już ustalić czy firma w Polsce, ze znaną nam marką jest jeszcze polska, czy już nie i choć z PiSem się nie zgadzam w większości kwestii to w tym, że wypadałoby wspierać polskich producentów coś jest. Z tym, że dla mnie ważniejsze jest wspieranie po prostu tych, którzy w Polsce produkują, świadczą usługi i generalnie dają zatrudnienie w Polsce. Nie ma co ukrywać, że popyt jest ważnym elementem rynku i to my, jako konsumenci go tworzymy. Także mając w sklepie wybór warto się zastanowić nie tylko nad tym jak tu oszczędzić, ale też nad tym komu dajemy sygnał, że jest popyt na to co wytwarza.

Weź udział w sondzie na ten temat.

piątek, 6 lutego 2009

Co tam za wielką wodą?

Ciekawi was może jak Amerykanie widzą swoją sytuację? Oto kilka ciekawostek z serwisu CNNMoney:

Pierwsze: Czy administracja Obamy powinna wypuścić pakiet stymulujący po objęciu urzędu?
Aż 66% z prawie 110000 odpowiedzi w ankiecie jest na 'TAK'.

Drugie: Co powinno być priorytetem dla administracji Obamy?
Tutaj ciekawostka, dla kogoś, kto być może sądził, że USA to wolnorynkowy raj (są jeszcze tacy?)
Tylko 26% respondentów jest za zmniejszaniem deficytu budżetowego, podczas, gdy 74% za stymulowaniem gospodarki.

Trzecie: Co kongres powinien zrobić dla amerykańskich producentów samochodów?
Tutaj troszkę poczucia humoru: 21% jest za pożyczeniem pieniędzy, 42% za nicnierobieniem, podczas, gdy 37% zgadza się na pożyczkę, ale pod warunkiem wykopania obecnego zarządu.

Więcej info.

Poza tym Wall Street reaguje całkiem pozytywnie na możliwości dalszego dofinansowywania w ramach pakietów pomocowych. Indeksy Nasdaq, Dow Jones i S&P 500 podskoczyły o nieco ponad 2,5% - ten pierwszy prawie o 3%. Nawet dolar zanotował lekką zwyżkę.

To tak w ramach dobrych wieści po styczniowych zwolnieniach, które dotknęły koło 600 tysięcy Amerykanów.

Widzicie - u nas jeszcze nie jest tak źle, jak może być. ;)

środa, 4 lutego 2009

O kryzysie słów kilka

Mamy kryzys, albo go nie mamy. politycy wciąż się o to spierają, chociaż jak można wnioskować z ostatnich posunięć rządu coś jest na rzeczy. Tylko do końca nie wiadomo co. A mowa tutaj o popularnych ostatnio cięciach wydatków w resortach. Bo skoro rząd zaczyna oszczędzać, to chyba coś się dzieje, czyż nie?

Ano dzieje - ale póki co nie nazywa się to jeszcze kryzys, a jedynie spowolnienie gospodarki, co objawia się zastopowaniem produkcji w niektórych gałęziach (głównie tych, które mają najwięcej wspólnego ze Stanami lub krajami blisko związanymi ze Stanami), wzrasta również bezrobocie i realne płace zaczynają maleć. Ale do kryzysu czy zapaści gospodarczej jeszcze daleko.

Czy w związku z tym należy oszczędzać? Niedawno niemiecki "FAZ" skrytykował działania rządu Tuska, pisząc, że płynie on pod prąd - tzn. stara się ciąć, zamiast jak inni walić grube miliardy w gospodarkę, celem nakręcania koniunktury jak na przykład źródło kryzysu czyli Stany lub matecznik "FAZ-a" Niemcy.

To odpowiadam - tak, należy oszczędzać. Wbrew temu co robią geniusze ze Stanów czy krajów Europy (Litwa przyjęła tą samą drogę co my) i wbrew temu co proponują gospodarcze anty-midasy z PiS. Przede wszystkim dlatego, że wzrost PKB będzie niższy niż zamierzony, co odbije się na budżecie w ten sposób, że przychody z tytułu podatków będą niższe niż przewidywano - ergo przy zachowaniu bieżącej struktury wydatków spowodowałoby to zwiększenie deficytu budżetowego, który powinniśmy utrzymywać na w miarę stabilnym poziomie. A który tak czy inaczej się pewnie zwiększy jeśli wzrost PKB będzie niższy niż przewidywane 1,7% lub rząd wyemituje obligacje, które ktoś kupi - ale przynajmniej nie zwiększy się tak jak to niektórzy by chcieli. Tego, że rząd nie chce zwiększania deficytu, który i tak się zwiększy nie rozumieją pewne osoby z partii upośledzonej gospodarczo - ale to akurat w ich przypadku nie dziwi.

Dwa - ładowanie pieniędzy w konsumpcję lub jak w przypadku USA również w wielomiliardowe premie dla menadżerów (tak, tak - pieniądze na ratowanie tych ryzykantów, sponsorowane przez amerykańskiego podatnika poszły również na premie za działalność w 2008 roku - tą samą działalność dzięki której powoli toną w głębokim gównie), jest o tyle idiotyczne, że w większości budżet jest finansowany przez obywateli - żeby więc wydawać więcej trza by było podwyższyć podatki, co ludziom się nie spodoba lub emitować obligacje, które ktoś musiałby kupić. Kupowanie ich przez NBP (tak jak FED w USA) powodowałoby tylko zwiększoną podaż pieniądza na rynek i spadek jego wartości - a tego też nie lubimy i raczej nie chcemy.
Zadajmy sobie pytanie - czy kupilibyśmy obligacje państwa w momencie, gdy rosną ceny, rachunki, kasy w portfelu coraz mniej? Ja raczej niespecjalnie.
Pamiętajmy też o tym, że tak właściwie to, że rząd ładuje pieniądze w pewne sektory, żeby te chociaż utrzymały pracowników czy szczątkową produkcję oznacza w praktyce, że my w nie ładujemy, a i pewnie potem nie kupimy. Jeśli zaś koniecznie chcielibyśmy poczuć się solidarni to kasę można pożyczać - na jakiś nieski %, ze spłatą rozłożoną na parę lat - bo pomysł, żeby w kapitaliźmie obywatel/państwo utrzymywało prywatnych przedsiębiorców jest nawet nie tyle idiotyczne, co zwyczajnie absurdalne.

Oszczędzamy więc, choć poniekąd oszczędności te są nieco kontrowersyjne, bo nie należy ciąć tego co poszłoby w inwestycje infrastrukturalne lub zagroziłoby już przyjętym zobowiązaniom wobec dostawców (zwłaszcza polskich), poza tym są też inne rejony, które możnaby było ruszyć ale zamach na kasę, którą ciągnie z budżetu Kościół jest mało prawdopodobny, bo purpuraci to gatunek, który ciężko oddaje wpływy i rezygnuje z pieniędzy. Brakuje także szczegółów - wiemy ile i w jakim resorcie rząd chce oszczędzić, ale nie wiadomo na jakich zadaniach, przez co ciężko przewidywać jakie będą skutki oszczędzania. Do zwiększenia wykorzystania środków unijnych potrzeba nie tylko dobrego sposobu na ich rozdysponowanie, ale przede wszystkim dobrych pomysłów i ludzi, którzy będą je realizowali.
Powyższe jednak nie zmienia w niczym faktu, że oszczędzać trzeba - najlepiej tam, gdzie szkód będzie najmniej.
Należy jednak zastanowić się czy medialny premier i medialny rząd są w stanie nie tylko grzmiać o oszczędnościach - ale równiez zaplanować działania długofalowe na czas faktycznego kryzysu (bo gorzej może być - choćby, gdy państwa zaczną wyprzedawać obligacje Stanów lub banki zajmą się włażeniem zadłużonym Amerykanom na hipotekę). Ponieważ niestety inne opcje polityczne, które mogłyby na tym kryzysie wypłynąc lub powrócić, są czymś o wiele bardziej niebezpiecznym niż uśmiechnięte Słońce Peru.