Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 września 2009

Ludobójstwo tu, ludobójstwo tam....

Polscy parlamentarzyści po raz kolejny uświadamiają nas, że noce i wieczory kabaretowe zyskują coraz to większą konkurencję w postaci pań i panów z Wiejskiej. A właściwie głównie panów.

Uchwała w sprawie 17 września to jedno z pól na których nasi wybrańcy narodu toczą boje o słownictwo, negacjonizm, historię i jak zwykle próbują wyjść na fajniejszych niż są w rzeczywistości. Właściwie w związku z niedawnymi obchodami wybuchu II WŚ napisano już niejeden artykuł, felieton i tym podobne, więc nie będę się zagłębiał w temat i wracał do kontekstu historycznego. Co przyniosła nam agresja radziecka wiemy - przynajmniej w dosyć dużej mierze. Jedną z tych rzeczy był mord w Katyniu - czy ludobójstwo czy zbrodnia wojenna - właściwie czy słownictwo jest aż tak ważne biorąc pod uwagę fakt, że wykłócając się o to dokonuje się po raz kolejny zresztą swoistego aktu gwałtu na pamięci zamordowanych? Czy biorąc pod uwagę fakt, że w sposób zaplanowany, z premedytacją dokonano egzekucji na polskich żołnierzach naprawdę tak ważne są współczesne przepychanki w rynsztoku jakim jest Sejm, dotyczące definicji i tego czy ktoś powinien podać się do dymisji lub tego czy ktoś jest bardziej prawdziwie polski, historyczny i fajny?

Drugą z nurtujących parlamentarzystów kwestii jest ludobójstwo popełniane na embrionach - Contra in vitro wyszło z inicjatywą obywatelską, która zakłada, że zapładnianie metodą in vitro będzie zabronione, a przeprowadzanie eksperymentów i zabiegów karalne. Bo to morderstwo tysięcy braci i sióstr i wbrew naturze. No kuźwa - szczepionka na grypę też jest wbrew naturze - leczenie jako takie również - człowiek choruje i zdrowieje albo umiera. Jakoś nikt nie wpadł na pomysł zakazywania wykonywania zawodu lekarza, a idąc tokiem rozumowania czarnych watykanistów ktoś powinien. Tylko pewnie jakby któryś powiedział, że lekarz jest feee, bo uratował kogoś przeszczepiając serce to Naród jak jeden mąż czy żona uznaliby go za kandydata do domu bez okien, klamek i z gumowymi ścianami.
I jakich braci i sióstr? Tych samych co pod postacią blastocysty lądują z podpaskami czy tamponami w koszu, z bielizną w praniu lub zwyczajnie w kiblu? Na szczęście z bardzo dużym prawdopodobieństwem pomysł wyląduje w koszu znacznie szybciej niż zebrano pod nim podpisy, co sprawia, że nie zamiera wiara w możliwości intelektualne przynajmniej części parlamentarzystów. Zostaną z 3 czy 4 inne, odrobinę mniej kato-konserwatywne. Może nawet któryś przejdzie o ile prezio nie ugnie się pod naciskami brata przygiętego przez naciski szamana z Torunia czy purpuratów cierpiących na manię posiadania racji, którą chcą wcisnąć także tym, którzy mają ich gdzieś lub z miłą chęcią wyekspediowali do Watykanu, gdzie ich miejsce.
Poza tym - zmusza ktoś religijnych ćpunów do poddawania się wyżej wspomnianemu? Nie. To niech i oni się odczepią.

środa, 1 lipca 2009

"Sfiksowałyście, boście chłopa dawno nie miały!" - pobojowisko po Kongresie Kobiet

Pochłodniało na zewnątrz, to i szare komórki jakby żywsze się zrobiły, stąd druga notka, tym razem o czymś inszym niż studiowanie, lecz ponownie w ramach Debaty.

Przebiwszy się przez 13 stron różnorodnych postulatów jakie zostały wyprodukowane na kongresie, wręcz nie mogę nie zacytować Akwilona, który doskonale wg mnie podsumował tenże kongres - "(...)dochodzę do wniosku, że były to najbardziej puste obrady, jakie człowiek może sobie wyobrazić."

Większość postulatów jest jakby nie z tej bajki, bo niezbyt nawiązują do równouprawnienia. Niektóre nawiązują, ale znowuż są jakby mało równouprawniające - bo co to za równouprawnienie, kiedy jakaś grupa zostaje uprzywilejowana? Wprawdzie zdarzały się też jakieś punkty, gdzie coś o mężczyznach były (coś tam o urlopach tacierzyńskich, czy ojcowskich), coś co w domyśle można zastosować do obu płci (ot. chociażby o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinach policyjnych i wojskowych - bo przecież może się zdarzyć, że zarówno mąż po robocie przyleje dzieciom i żonie z gumowej pały, jak i żona po powrocie natrzaska dzieciaki i męża kolbą od AK-47).

Ogólnie nudno i wtórnie, przy czym część z wspominanych rzeczy jakoś działa i weszła w sferę praktyki. Część jest z mojego liberalnego siedziska i punktu widzenia zwyczajnie głupia, niektóre zalatują faszystowskim feminizmem.

Za rzecz głupią uważam parytet (mógłbym jeszcze parę wymienić, ale skoro parytet to niby rzecz najważniejsza jaką uradzono na KK...). Po pierwsze kłóci się on całkowicie z pojęciem równouprawnienia, po drugie kłóci się on z zasadą równouprawnienia i po trzecie to właściwie wciąż to samo.

Skoro przyjmuje się, że kobieta i mężczyzna mają jednakowe prawa to po grzyba parytety? Niech decydują umiejętności (dobra, w polityce to byłby pewnie cud, gdyby decydowały one, a nie różne partyjne machloje, kolesiostwo i cholera wie czym oni się kierują przy układaniu list). Przecież tak na upartego to jest Partia Kobiet - mająca poparcie podobnie jak UPR w granicach błędu statystycznego.

Z tego trzeba wysnuć wniosek, że koniecznie trzeba zwiększyć delegację kobiet poprzez przymuszenie układaczy list do wrzucania naprzemiennego nazwisk kobiet i mężczyzn, tak, by było po połowie? To może jeszcze jeśli w Sejmie nie zasiadłoby 50% kobiet należałoby wywalić nadmiar facetów i dokoptować babki? Przecież to debilizm, którym Kongres Kobiet sam stwierdza, że oto kobiety są gorsze, mniej zaradne, głupsze i trzeba je na siłę wciskać, bo sobie nie poradzą. Innym wytłumaczeniem jest to, że układacze list to wredni szowiniści i nie dopuszczają zdolnych kobiet. Tylko pewnie analizując algorytm układania list wyszłoby, że parametr 'umiejętności' nawet nie jest tam ujęty.

Podobnie z innymi dziedzinami życia - czemu uprzywilejowywać jakieś grupy? Można oczywiście i należy uświadamiać, czy przełamywać stereotypy - ale każdy pomysł typu parytet działa odwrotnie do zamierzeń - bo oto ktoś dostaje mandat w Sejmie, posadę dyrektora, menadżera nie dlatego, że posiada kwalifikacje, ale waginę. W dodatku zdarzyć się może, że na pysk poleci ktoś kto ma umiejętności, kwalifikacje i doświadczenie, ale natura nie obdarzyła go właściwym przymiotem.

Wyznaję zasadę, że o człowieku nie powinna decydować płeć, kolor skóry, orientacja, długość włosów, czy narodowość - powinny decydować kwalifikacje i czyny. Oczywiście nie wszędzie tak jest, ale jedyną metodą na wprowadzenie faktycznego równouprawnienia jest tworzenie takiego prawa, które będzie traktowało każdego jednakowo - oznacza to, że o miejscu pracy i pensji powinny decydować kwalifikacje i zaangażowanie, że urlopy z okazji narodzin dziecka powinny być dostępne dla obojga rodziców, że wiek emerytalny powinien być proporcjonalny do długości życia i być ustalany na zasadzie % od średniej wieku, że pobór do wojska, który był powinien obowiązywać obie płcie. Że wychowawcą w przedszkolu może zostać facet, że dla kobiet i mężczyzn będzie wprowadzony jednakowy koszyk usług medycznych, opiewający na jakąś sumę wyliczoną na podstawie średniej zapadalności na choroby typowe dla danej płci i wieku (najlepiej jednak by było, gdyby ten koszyk nie istniał, a ludzie ubezpieczali się sami), że o molestowanie seksualne będzie można oskarżyć również kobietę, a płeć nie będzie stanowiła kwestii łagodzącej czy przesądzającej o winie w tego typu przypadkach. I tak dalej, i tak dalej. Powoli eliminując dysproporcje, ale nie narzucając rozwiązań siłowych.

cheerio boys'n'gals

Po co nam to wyższe wykształcenie?

Notka jest zapóźnioną (jakoś ostatnio pisanie opornie idzie mimo wszystko) od- lub dopowiedzią do dyskusji w Debacie.

Statystyki podobno mówią, że na edukację państwo daje za mało, pod względem odsetka wykształconych w społeczeństwie jesteśmy gdzieś w ogonku, a rokrocznie uczelnie produkują tysiące bezwartościowych licencjatów czy magistrów lub o zgrozo również inżynierów.

W pewnym momencie nastąpiło zachłyśniecie się wolną Polską, własnym egiem i kto wie czy jeszcze nie czymś gorszym, bo pomysły na reformę szkolnictwa (ogólnie rozumianego) przynosiły więcej szkód i generalnie były i są do dupy. W gospodarce wolnorynkowej przyjęło się, że istnieje podaż i popyt oraz, że nie są one w jakiś agresywny sposób sterowane - w przypadku studiów rynek będzie reprezentował stronę popytu na konkretnych wykształciuszków, uczelnie będą odpowiedzialne za podaż owych na rynek.

Oczywiście nie da się w pełni przewidzieć jaki będzie popyt i na jakich specjalistów - można to prognozować i trzeba dodatkowo pamiętać, że produkcja delikwenta trwa lat kilka. Co dodatkowo komplikuje sprawę.

Kolejną kwestią jest też to, że co tu dużo ukrywać, niektóre uczelnie są bardziej prestiżowe, niektóre nie - co również ma wpływ na to jak traktuje się świeżo upieczony produkt polskiego systemu szkolnictwa. Jednakże nawet prestiżowość nie zmiania w niczym faktu, że pierwszy rok to zazwyczaj masa ludu, który odpada w ciągu pierwszego półrocza, ci, którzy się utrzymają zazwyczaj zostają do końca i jakieś 10-15% z nich można uznać za w pełni wykształconych - w sensie zdatnych do eksploatacji w kierunku w jakim się kształcili. Pozostałe 85-90% albo będzie miało pecha i dostanie robotę nie w swoim wyuczonym zawodzie, albo skończy jako konserwator posadzek w markecie z papierem magistra - bo popyt był za mały, albo zwyczajnie za mało potrafią, albo studiowali tylko coby mieć to wyższe wykształcenie. W tym wszystkim interesujące jest również to, że uczelnie dostają jakąś tam sumkę za studenta, więc w ich interesie jest, żeby kandydaci walili drzwiami i oknami, a po pierwszym odsiewie pozostawali.

Rozwiązanie (poza całkowitą reformą szkolnictwa - bo po prawdzie to kształtować młodego człowieka trzeba już od podstawówki, zapewniając mu odpowiednią wiedzę ogólną i w następnej fazie ukierunkowaną pod kątem przyszłych studiów oraz umiejętności) to cześciowa odpłatność za studia, która zmuszałaby studentów do pracy - w końcu skoro płacę, to szkoda byłoby oblać, przy jednoczesnym parciu na kształcenie, a nie, jak to na niektórych uczelniach, będących w rzeczywistości fabrykami gówno wartych dyplomów z egzotycznych kierunków, na jak największą ilość ludu, który zapłaci i którego się przepuści, bo płaci - a kształcenie, kogo obchodzi czy taki student się wykształci?

Odpłatność częściowa - jak ta zaproponowana przez min. Kudrycką, a dotycząca płacenia za drugi kierunek to jakiś krok naprzód - zasadniczo po co komuś 5 fakultetów, skoro nic nie potrafi? A nie ma co ukrywać, że wiele osób studiuje po 2-3 kierunki i geniuszami nie są, trudno też oczekiwać by byli specjalistami z dwóch dziedzin - chyba, że mowa o ludziach, którzy wiążą swoją edukację z przyszłą pracą naukową, a i tak nawet w tym przypadku będzie można mówić o specach w dziedzinie specjalności, które ukończyli - bo program studiów, gdzie siatka jest narzucana z góry jest zwyczajnie przeładowany - kilkadziesiąt % rzeczy, które były przerabiane są przez przeciętnego studenta spychane w niebyt przez potrójne Z.

Jednocześnie odpłatność za studia musi być połączona z efektywnym i uczciwym systemem stypendialnym, który umożliwiałby nie tylko studiowanie zdolnym, lecz ubogim, ale również nie wynosiłby groszowych sum i odsiewałby oszustów, którzy składając wniosek o stypendium socjalne zapominają w nim ująć lewe dochody swoje, swoich rodziców, jak również psa, kota i rybek.

Student musi się kształcić, w dużej mierze samodzielnie, musi mieć warunki, musi mieć kadrę, która będzie kształcić i wymagać, musi mieć też chęci - nie chęci bycia kolejnym z setek tysięcy magistrów od niczego, ale chęci do zdobywania wiedzy. Bo tak po prawdzie to wyższe wykształcenie musi być elitarne, nie może być dla każdego, nie każdy musi je mieć, zwłaszcza jeśli nie zamierza z niego korzystać - pojęcie wyższe wykształcenie dla każdego to chory miazmat albo socjalizmu albo przerośniętych ambicji rodziców, którzy chcą leczyć w ten sposób kompleksy.
Wykształcenie wyższe to coś, co powinno być zarezerwowane dla tych najbardziej zdolnych, dla tych, którzy umieją zdobywać i wykorzystywać wiedzę, umieją ją pogłębiać i pchać na nowe tory.

W obecnym systemie jest to niemożliwe, być może w ogóle jest to niemożliwe i to tylko utopia - nie ulega jednak wątpliwości fakt, że system trzeba usprawniać, zaczynając od samego dołu, żeby potem zwyczajnie nie musieć się wstydzić za ludzi, którzy masturbują się pięcioma fakultetami, które nijak ze sobą nie mają nic wspólnego, a w dodatku posiadając 5 zaświadczeń o różnych dysfunkcjach intelektualnych, służących usprawiedliwieniu faktu, że nie potrafią się podpisać, jako znaki interpunkcyjne służą im nowe wiersze, a liczenie ułamków to czarna magia.

P.S. Pomysł, który narzucałby limity uczelniom jest głupi - lepiej przywrócić egzaminy, sprawdzają wiedzę, a nie to kogo nauczyciele bardziej w szkole lubili, czy kto miał więcej farta i trafił w klucz na maturze.
P.S.2. Klucze na maturze to tak w ogóle totalna porażka, podobnie jak i żałośnie niski poziom tychże matur, których o zgrozo niektórym udaje się nie zdać - bo albo są za zdolni i mieli niefart nie trafiając w klucz, albo są debilami, czy analfabetami z 5 zaświadczeniami o dysinteligencji.
P.S.3 I nie każdy musi zdać maturę - zresztą patrząc na poziom dzisiejszych nastolatków to lepiej by było, gdyby z 50% oblewało. Od razu rozwiązałoby to problem nadprodukcji bezużytecznych magistrów/licencjatów/inżynierów.

niedziela, 31 maja 2009

Obrona życia po amerykańsku

Jak podały Gazeta oraz Dziennik w USA zastrzelony został George Tiller. 67-letni lekarz był jednym z niewielu lekarzy przeprowadzających zabieg "późnej aborcji" - czyli takiej, która odbywa się na przełomie 2 i 3 trymestru.
W swojej karierze był już raz postrzelony, demolowano mu gabinet, podkładano bombę, prześladowali go zwolennicy pro-life. Zastrzelony został w kościele.

Stany Zjednoczone z jednej strony słyną z dosyć liberalnego podejścia do religii - zarejestrowanych jest tam multum grup, co przekłada się na jakieś 97% zteizowanych obywateli, którzy w coś wierzą - co przekłada się często na silny konserwatyzm moralny. Jest to też kraj, w którym "obrońcy" życia potrafią strzelać do ludzi, niszczyć im mienie, przeprowadzać zamachy, uniemożliwiać pracę. Czasem nawet jeśli jest się zwyczajnym ginekologiem.

I nie, żebym był zwolennikiem późnych aborcji czy aborcji w ogóle - jestem zwolennikiem prawa wyboru. Po prostu przeraża mnie, że w cywilizowanym było nie było kraju zdarzają się takie przypadki. Że są świry, które potrafią przedkładać życie płodu nad zdrowie, życie, wolność człowieka. I to nie od dziś, czy wczoraj - ale od dawna.

sobota, 16 maja 2009

Takie święto to ja mam gdzieś

Zbliża się 4 czerwca, 20 rocznica pamiętnych wyborów. Okazja do fety, baloników, ściskania sobie rąk, pozowania polityków do zdjęć. Okazja do refleksji, do zastanowienia się co przez te lata zrobiono dobrze, a co źle. Okazja do wspomnienia tych indywidualnych tragedii, których przecież nie było mało. Okazja do spojrzenia w przyszłość, do zastanowienia się nad kierunkiem w którym powinniśmy podążać. Bo 20 lat wolnej Polski (i z maniakalnym uporem będę powtarzał, że jest to Polska wolna, choć niedoskonała) to okres wystarczający by pogratulować sobie sukcesów, by wyciągnąć wnioski z porażek, by docenić kraj w którym przyszło nam żyć.

Tymczasem jak zwykle wyszła kupa. Taka niezwyczajna, bowiem nasi kłótliwi politycy, związkowcy, komentatorzy zachowali się najzwyczajniej w świecie jak jakieś wielkie czworonożne, szczekające bydlę, które z uśmiechem samozadowolenia na pysku właśnie wydaliło parę kilogramowy ekskrement w samym środku piaskownicy z bawiącymi się dziećmi. A tą piaskownicą jest właśnie Polska, a tymi dziećmi jesteśmy właśnie my, Polacy.

Bo jesteśmy jak dzieci, mające niewielkie pojęcie jak bawić się tą zabawką, którą dostaliśmy. Nie wiedzący jak wykorzystywać wolność, którą mamy. Patrzący się zeszklonym wzrokiem na występy różnej maści klaunów, którzy kłócą się już dosłownie o wszystko. I nawet w zastraszającej większości nie wiemy o co oni tak naprawdę się kłócą. Bo ilu Polaków wie co za święto mamy niby obchodzić tego 4 czerwca?

I w sumie chrzanię to, że być może właśnie popełniam karygodną generalizację. Czasem można - tak samo jak czasem idzie się wkurwić obserwując to co się dzieje. Obserwując obłudę związkowców, relikt epoki minionej, który się nie skończył - ale który zwyczajnie minął się z powołaniem, skompromitował. I stał narzędziem polityki, która te ostatnie 20 lat wolnej Polski ma za nic. Obserwując dziwne ruchy polityków (choć z przenosinami obchodów do Krakowa to Tuska nawet rozumiem - zwykły instynkt samozachowawczy każe spieprzać jak najdalej od zadymiarzy i kompromitacji na arenie międzynarodowej), jednak wciąż nie mogę zrozumieć po jaką cholerę oni tak ślepo patrzą się w sondaże i modlą do marketingu politycznego, zamiast zrobić coś porządnie. Obserwując prawą stronę, która za wszelką cenę chce zdyskredytować obecny rząd. I lewą, która próbuje robić to samo. W imię wyborów do PE, do struktury unijnej, w której nie mielibyśmy szansy być, gdyby nie wydarzenia sprzed 20 lat. W końcu obserwując byłego już na szczęście prezydenta, któremu ego przesłoniło zdrowy rozsądek i który jak kiedyś jest za i przeciw i chyba już posiadł zdolność do bilokacji.

I nie jest bynajmniej tak, że nie doceniam roli związkowców, opozycjonistów, anonimowych czy dobrze znanych ofiar represji, a nawet ówczesnej władzy, która siadła do negocjacji. Po prostu nie chcę brać udziału w szopce, która się nam szykuje, po prostu z niesmakiem patrzę na szopkę, którą już nam zaserwowano. Bo chociaż III RP nie jest pozbawiona wad, to jednak istnieje w niej dużo więcej możliwości i perspektyw niż w poprzednim systemie. I to jest powód do świętowania oraz do wspominania - to jest powód dla którego 4 czerwca powinien być dniem, w którym świętują Polacy - wszyscy. Bo to jest dzień w którym Polacy powinni spojrzeć za siebie i docenić wkład tych, którzy umożliwili przemiany pokojowe.

Tymczasem jest do dzień, w którym sami się marginalizujemy, w którym nie mamy wystarczająco odwagi czy chęci by powiedzieć NIE! tym wszystkim, którzy wyrywają sobie to święto, przerzucają na zasługi, oskarżają tą "drugą stronę". Bo to powinno być święto wszystkich - a jest świętem marnych cyrkowców, smutnych klaunów. I dlatego pieprzę to - to już wolę sobie w spokoju wypić piwko za te 20 lat. I drugie, za pokoleniową zmianę, która chyba jest niezbędna by święta w tym kraju były świętami. Choć z drugiej strony - kto wie czy nie będzie trzeba wypić za to byśmy nie zapomnieli.

I tym gorzkim akcentem zapraszam do udziału w Debacie.

czwartek, 7 maja 2009

Akcja "Renegocjujmy Konkordat!"

Zaczęło się całkiem niewinnie od dyskusji na temat wynoszenia i wykorzystywania danych osobowych uczniów przez katechetów i księży. Poprzez pewną ideę doszło w końcu do skrystalizowanego, i w gruncie rzeczy dopracowanego projektu petycji do Premiera RM, dotyczącej renegocjowania Konkordatu.


Akcja Intel-e-genta spotkała się z całkiem pozytywnym odzewem wśród internautów i z tego co obiło mi się o oczy również z niemałym wsparciem. Pozwolę sobie również zacytować ideę tej akcji i plan:

W skrócie, powołujemy się na gwarantowane w Konstytucji prawo do składania petycji i wychodząc z artykułu 25 ust.2 i art. 53 Konstytucji RP domagamy się uchylenia art. 12 ust. 1 Konkordatu.

Dlaczego właśnie tak?

W toku rozmów z prawnikami, uznałem, że uchylenie właśnie tego artykułu będzie miało skutek o jaki Nam chodzi i nie ma potrzeby uchylać całego artykułu 12, ponieważ pozostałe jego ustępy nie mają większego wpływu na świecki charakter państwa jeżeli pozbawione są oparcia w ustępie pierwszym.


I tyle. Ja ze swojej strony gorąco popieram tą inicjatywę i w miarę skromnych możliwości postaram się ją jakoś wspomóc. I pamiętaj: Ty również możesz pomóc. Czy to poprzez informowanie ludzi, czy przez zwykłą rozmowę, czy inny rodzaj wsparcia.

Po informacje i bycie na bieżąco zapraszam bądź do subskrypcji bądź do czytania bloga Intel-e-genta. Projekt petycji można znaleźć TUTAJ.

poniedziałek, 4 maja 2009

PRL-u wróć!

Czytam sobie dziś artykuł o związkowcach z Sierpnia'80 okupujących biura poselskie Platformy i coraz większym obrzydzeniem napawa mnie obraz tego, w co przekształciła się skądinąd słuszna idea i postawa ochrony pracowników.

Ilekroć patrzę na kolejne przepychanki różnych central domagających się coraz to większych przywilejów, coraz większego socjalu, organizującym strajki, nierzadko wbrew woli pracować to odnoszę wrażenie, że te przerośnięte struktury dotknięte zostały przypadłością, która na pewnym etapie dotyka każdą nadmiernie rozdmuchaną organizację - przypadłość, która nazywa się dbaniem o własne, partykularne interesy - o interesy własnej kasty, jaką w tym przypadku są związkowcy.

Za szlachetnymi hasłami, za palonymi oponami, demolką w stolicy, za którą płacimy solidarnie wszyscy z naszych podatków kryją się się tylko i wyłącznie własne cele i jakieś ochłapy rzucane pracownikom, Kryją się również mechanizmy, które uniemożliwiają normalną prywatyzację nierentownych przedsiębiorstw lub dalszy rozwój tych niewielu, które rentowne są. W dodatku wedle ustawy o związkach mają tak rozdmuchane prawa i zero obowiązków, że aż głowa boli.

I tak jeszcze patrzę na postulaty sierpniowe i ich funkiel nową wersję to rzeczywiście - dzisiejsza Polska nie jest tą Polską, o którą kiedyś walczyli - dzisiejsza Polska wciąż jest krajem z nadmiernie rozdmuchany socjalem, wciąż ma swoje problemy, ale jest krajem wolnym, demokratycznym, z gospodarką rynkową, a nie prolongatą PRL-u, który to niektórzy chyba z chęcią by widzieli na powrót - choć może już bez ZOMO i PZPR - ale kto wie czy nie z jakąś inną partią, albo pod rządami syndykalistów, gdzie postawa roszczeniowa i barykady byłyby normalnym sposobem prowadzenia rozmów.

Swoją drogą: Zdaniem Szczygła "w normalnym zakładzie pracy pracownik, którego nie było dwa dni, byłby z niej zwolniony". - znaczy niby, że ci wszyscy szwendający się po Polsce związkowcy już są bezrobotni czy być może wzięli sobie, na czas niszczenia mienia publicznego, atakowania policji lub wkurwiania ludzi, którzy chcą skorzystać z urzędu lub biura poselskiego, urlop?

czwartek, 30 kwietnia 2009

Raport sklepowy vol.1

Już krótki spacer od bramek jednego z opolskich marketów, poprzez kilkanaście alejek, w drodze po napój niezbędny do prawidłowego funkcjonowania (czyli kawę), a następnie do jakiejś w miarę nieoblężonej kasy, uświadomił mi w pełni, że w końcu mamy długi weekend majowy.

Pobieżne lustrowanie kilkunastu zakupowiczów jacy mieli okazję przewinąć się w zasięgu wzroku, w czasie krótkiego spaceru wykazało co następuje:
  • około 15l wódki
  • około 20-30 czetropaków różnego piwa
  • kilka win
  • parę pojedynczych butelek trunków innego sortu
Z zagryzek już ludzi rozliczać nie będę, ale wychodzi, że faktycznie jakby spożycie wódki w Polsce poszło w dół, a i kryzys tak jakby nas nie sięgnął. Z niecierpliwością czekam kolejnych urodzin Mitry, coby móc zweryfikować doniesienia ekonomistów, że wzmiankowany trafi nas dopiero pod koniec roku, w sposób odczuwalny.

P.S. Palmę pierwszeństwa zdobyli państwo zakupujący 5 butelczyn 0,5 litra i chyba 3 czteropaki browaru.
P.S.2 Po prostu czasem mi się nudzi jak stoję w kolejce, to się rozglądam wkoło.

poniedziałek, 30 marca 2009

Kliencie - zanim zadzwonisz po prostytutkę zabezpiecz telefon!

W internetowym wydaniu poznańskiej Wyborczej możemy dziś natknąć się na taki tekst:

Prawie pół tysiąca klientów znanej poznańskiej agencji towarzyskiej z Dębca spowiada się przed policją. A blady strach padł na tych, co wzywani są na komisariat przez... zakłady pracy

Zapytamy się po co policja dzwoni do klientów? Zwłaszcza w świetle posiadania przez prokuraturę mocnych dowodów na to, że we wspomnianej agencji dochodziło do łamania prawa - m.in. zeznania samych prostytutek, którym pracodawca nie podpasował. Ano ja nie wiem. Filar też nie wie - wie policja, ale nie chciała się tą wiedzą podzielić. Rozumiem gdyby tych dowodów nie posiadano i trzeba by było odpytać klientów - u kogo zamawiali, komu płacili, etc.

Tak czy inaczej problem jako taki to nie jest, bo poza faktem, że ludzie dostaną wezwania w charakterze świadków nic im nie grozi, bo świadczenie dobrowolne i dobrowolnekorzystanie ze świadczonych usług seksualnych nie jest w Polsce karalne. I dopóki jakaś szajbnięta katoprawica czy inny element fanatyczno-religijny do władzy nie dojdzie wciąż nie będzie penalizowana.

Ale jak spojrzymy na problem z szerszej perspektywy to pojawi się kolejne pytanie: mamy oto bowiem ponad kilka tysięcy klientów jednej tylko agencji, których w Polsce jest w bród, praktycznie co roku w okresie wakacji poczytać można to o seksturystyce, to o małoletnich dających dupy pokątnie bądź uciekających do agencji. Sponsoring i wyższej klasy usługi towarzyskie, niekoniecznie łączące się z dajnością są praktycznie normą. Seks jako taki spotkać możemy już nawet w reklamie orzeszków.

Dlaczego więc nie wyprowadzić prostytucji z szarej strefy? Nie "zalegalizować" czegoś, co dotyczy jednego z najbardziej naturalnych aspektów życia człowieka? Co takiego jest w seksie, że musi koniecznie być rzeczą, którą uprawia każdy, kto ma trochę więcej farta, a o którym podle dziwnych standardów w ogóle nie powinno się mówić, rozmawiać, traktować jako coś niegodziwego i wstydliwego?

Czym różni się panna czy facet świadczący usługi seksualne od laski serwującej w skąpym stroju drinki na basenie, innej wytężającej umysł nad jakimś projektem, od wykładania kafelek czy produkowaniu jakiegoś super wypasionego oprogramowania, dzięki, któremu odmłodzimy swoje zdjęcia o 10 lat bez czytania manuala?

Pracujemy fizycznie, pracujemy umysłowo - sprzedajemy swoje umiejętności, wiedzę, siłę - czy aż tak bardzo różni się to od sprzedawania swojego ciała (a wszak pozując nawet w grzecznych sztruksach i sweterku dla marki sprzedawanej ekskluziw w markecie robimy to samo)?

Czy nie byłoby dużo łatwiej kontrolować tego zjawiska mając w pełni legalne burdele czy agencje towarzyskie, kluby ze striptizem, etc. z legalnie zatrudnionymi pracownikami, płaconymi składkami, podatkami, badaniami?

Jak widać popyt jest całkiem duży, a to on w największym stopniu kreuje podaż usług - a sam seks nie jest niczym świętym - jest po prostu naturalny i nie zawsze musi być efektem miłości, nie zawsze musi mieć na celu poczęcie potomstwa, spełnia także szereg innych funkcji. I jeśli ktoś (pbojętnie czy facet czy kobieta) załózmy ma mało czasu, albo nie jest zainteresowany stałym związkiem z wynikającymi z niego zobowiązaniami, jest mało atrakcyjny/a a jednak nie chce rezygnować z pewnego aspektu życia to powinien to robić po kryjomu, w warunkach niepewnych, tylko dlatego, że państwa nie stać na odważniejszy krok, który niesie za sobą praktycznie same plusy? Dodam tutaj, że osoby, które są mniej sfrustrowane seksualnie (a więc mają dostęp do porno, seksu płatnego czy nie) są znacznie łatwiejsze do zniesienia w życiu społecznym, a i przy tym mniej skore do popełniania różnych przestępstw na tle seksualnym.

Czemu więc nie pójść w kierunku liberalizacji prawa, które w znacznym stopniu utrudniłoby czerpanie korzyści wynikające z przymuszania do prostytucji czy wykorzystywania pracowników (wszak o to trudniej, gdy ma się spisane umowy i możliwość kontroli), zapewniałoby nieliche wpływy do budżetu plus większe bezpieczeństwo zarówno prostytutek, jak i ich klientów?

niedziela, 1 marca 2009

Patriotyzm - czyli dlaczego nie lubię ludzi, którzy najgłośniej o nim krzyczą

Patriotyzm (łac. patria = ojczyzna, gr. patris) – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar. To stawianie dobra ojczyzny ponad własne. Charakteryzuje się też przedkładaniem celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, a często także gotowością do poświęcenia własnego zdrowia lub życia. Patriotyzm to również umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury czy języka.

Patriota na co dzień dba o pomyślność i dobre imię swojego kraju i narodu. Dba o symbole narodowe takie jak flaga, godło i hymn swojej ojczyzny. Nie pozwala na obrazę swego kraju. Ma wysoko rozwinięte poczucie dumy i godności narodowej zarazem jest daleki od szowinizmu czy ksenofobii, potrafi być krytyczny wobec rodaków, zwłaszcza tych których zachowanie jest dalekie od patriotyzmu. Nie wstydzi się bycia obywatelem swojej ojczyzny i przynależności do swego narodu. Gdy potrzeba manifestuje swoje przywiązanie do ojczystej kultury, języka, tradycji.

źródło: Wiki

Z definicji wydawać by się mogło, że nie jest to nic tragicznego. Tymczasem w kraju nad Wisłą nie traktuje się patriotyzmu jako pracy u podstaw, pielęgnacji tradycji, działań mających na celu poprawianie naszego dobra, a w konsekwencji dobra rozumianego ogólnie, czy budowaniu relacji z sąsiadami i dobrego imienia Polski za granicą.

W Polsce szczególnie ostatnio pojęcie patriotyzmu zawłaszczone zostało przez różne radykalne środowiska. Żeby być patriotą nie wystarczy dziś mieszkać tutaj, mówić po polsku, pracować, płacić podatków, czy generalnie cieszyć się życiem. Trzeba być szowinistą i nacjonalistą, a najlepiej jedno i drugie i ksenofobia na dokładkę.

Dziś patriotą jest ten, kto najgłośniej bredzi o Eurokołchozie, żydo-masońskich spiskach, promowaniu różnych zboczeń, a przy okazji oddaje cześć żydowskiej królowej Polski, spuszcza się w ukryciu przed orzełkiem i nad łóżkiem wiesza flagę.

Przy tej samej okazji bredzenia mimochodem chce się stawiać mur wokół graicy, imigrantów nie wpuszczać, mniejszości jeśli już jakieś się znajdą zamykać w gettach, albo na Madagaskarze, no i izolować się, popadając w pychę niczym innym nie uzasadnioną, jak tylko miejscem urodzenia, które nawet od bredzącego nie zależy.

Dlatego właśnie nie lubię rozmawiać o patriotyzmie, czy słuchać ludzi, którzy mienią się tymi prawdziwymi patriotami. Tak samo jak nie lubię gloryfikowania porażek, dziwacznej martyrologii i twierdzenia, że wszyscy wokół są źli i tylko czekają by naszą polskość zagrabiać, a królową rozdziewiczyć.

A postawy pozytywne - są, tylko, że nikt o nich nie krzyczy, a jak przejawia to ma zazwyczaj gdzieś czy go za to pochwalą czy nie, bo nie ma potrzeby oznajmiania wszem i wobec jaki to on czy ona są ach i och i wspaniali Polacy.

poniedziałek, 16 lutego 2009

Polska Republika Socjalistyczna

Aż niemalże chciałoby się zakrzyknąć z entuzjazmem "Komuno wróć" lub ze zgrozą "O ja pier... ona wraca" gdy posłucha się niektórych pomysłów naszej opozycji bądź niektórych zażaleń związkowców. Oczywiście okrzyk zależnie od naszych upodobań i poglądów na gospodarkę.

Ale po kolei:

W piątek odbyły się pierwsze czytania dotyczące dwóch projektów w sprawie płacy minimalnej. Projekt PiS zakłada aby płaca minimalna była nie niższa od 1340 zł, natomiast projekt Lewicy dwuetapową podwyżkę płacy minimalnej: w 2010 do 45% przeciętnego wynagrodzenia, w 2011 do 50% tegoż.

Oczywiście wszystko w imię pomocy najgorzej zarabiającym. Ja wprawdzie ekonomię na studiach miałem jedynie jako przedmiot obowiązkowy i zajmuję się nią raczej hobbystycznie to nie łapię zupełnie w jaki niby sposób podwyższanie płacy minimalnej ma pomóc najgorzej zarabiającym?
Praca jest warta tyle ile wynegocjują pracodawca z pracownikiem - naturalnym jest, że pracodawca nie będzie płacił więcej niż jest w stanie wyciągnąć na pracy pracownika (dla przypomnienia płace są kosztem i jednym z elementów, który jest brany pod uwagę przy ustalaniu ceny produktu lub usługi).

Sztuczne jej podwyższanie generuje dodatkowe koszty na pracodawcy, który zwłaszcza w dobie kryzysu, gdy powoli coraz więcej firm traci płynność finansową, a koszty tną od jakiegoś czasu będzie dążył do tego by te koszty zmniejszać jeszcze bardziej. Nawet zakładając, że zdarzy się jakiś cud gospodarczy, który zakończy kryzys w roku 2009 to i tak po dupie dostaną ci, którym nasi lewicowi (tak, tak PiS to gospodarcza lewica) towarzysze w Sejmie chcą pomóc. Np. przez zwolnienia, czy też zmiany umów, które utrudniają naliczanie stażu do emerytury lub nie przewidują chorobowego.

Dostaniemy także my, gdy ceny pójdą w górę - a pójdą jeśli pracodawcy będą zmuszeni płacić więcej i jednocześnie skądś tą różnicę załatać. Nie wspominając już o zwiększeniu szarej strefy - płaceniu pod stołem lub zatrudnianiu na czarno.

Drugą rzucającą mi się ostatnio na oczy rzeczą jest narastający protest służb mundurowych skierowany przeciwko projektowi likwidującemu pewne przywileje (skądinąd same ta likwidacja nic nie powinna zmieniać, skoro niby policjantów idących na wcześniejszą emeryturę jest niewielu). Mówi się o zmienianiu reguł w czasie gry - szkoda, że nikt nie protestuje, gdy zmienia się reguły i np. podnosi pensje, co nie?
I ja bynajmniej nie uważam, że praca w służbach mundurowych jest lekka, płace wysokie, a sprzęt pierwsza klasa. Ale na chwilę obecną na stronie MSWiA o samym projekcie niewiele - ot jakaś wyliczanka jak to wygląda w innych krajach i to, że rozmowy z zainteresowanymi mają dopiero się odbyć. To może zamiast oprotestowywać coś czego jeszcze ina ma, zająć się merytorycznie problemem i przygotować jakieś pomysły, propozycje (możliwość dopracowania do 100%, nadgodziny, nocki czy co tam jeszcze), wypracować sobie pozycję do targów zamiast marudzić, że nie fair i, że w mediach się nagonkę robi. No nie dziwota, że jak ktoś oprotestowywuje odebranie przywilejów to ocena ludu pracującego, który tychże przywilejów nie posiada, a pracować musi dłużej jest raczej nie najlepsza.

I w ramach Debaty:

Czy powinno się celem ratowania polskiej gospodarki i polskich pracowników wprowadzać restrykcje dotyczące imigracji i blokować możliwość zatrudnienia obcokrajowcom?

Cóż - ja jestem liberałem, a nie związkowcem i przepływ towarów, usług, ludzi, kapitału to coś co traktuję jako rzecz równie oczywistą co codzienny wschód Słońca. Można oczywiście wprowadzać obowiązek np. stałego zameldowania, wizy, itp aby obcokrajowcy mogli sobie u nas mieszkać i legalnie pracować. Właściwie o tą legalność najbardziej chodzi, bo jeśli są zatrudniani na czarno (co i nam się zdarza) to stanowią konkurencję i to niemałą, gdy popatrzymy na to co pracodawca musi zapłacić za pracownika, a co trafia do państwa lub co pracownik musi odprowadzić naszej skarbówce.

Przy postępującej globalizacji, ułatwionemu podróżowaniu, poszukiwaniu lepiej płatnej pracy lub tańszych pracowników protekcjonizm się nie sprawdzi, a i wręcz może być szkodliwy, bo to samo co my mogą zrobić inni, a nie muszę chyba przypominać ilu Polaków sobie wyemigrowało w różne miejsca Europy i jak będzie się kształtowało bezrobocie w czasie recesji, gdy oni wszyscy zwalą się z powrotem?

Dodatkowo tak naprawdę nie jest ważne kto pracuje w naszych zakładach - ludzie konkurują ze sobą i muszą pozostawać konkurencyjni jeśli chcą pracę zyskać lub zachować. poza tym jeśli pracują u nas to również u nas zarabiają, to oni i pracodawcy w Polsce odprowadzają podatki i to również oni robią zakupy co przekłada się na to, iż inni producenci mają zamówienia. I tak spiralka się nakręca.

I tutaj cóż - w dobie globalizacji ciężko już ustalić czy firma w Polsce, ze znaną nam marką jest jeszcze polska, czy już nie i choć z PiSem się nie zgadzam w większości kwestii to w tym, że wypadałoby wspierać polskich producentów coś jest. Z tym, że dla mnie ważniejsze jest wspieranie po prostu tych, którzy w Polsce produkują, świadczą usługi i generalnie dają zatrudnienie w Polsce. Nie ma co ukrywać, że popyt jest ważnym elementem rynku i to my, jako konsumenci go tworzymy. Także mając w sklepie wybór warto się zastanowić nie tylko nad tym jak tu oszczędzić, ale też nad tym komu dajemy sygnał, że jest popyt na to co wytwarza.

Weź udział w sondzie na ten temat.

sobota, 14 lutego 2009

Zabiliśmy amorka.



Dzisiejsza notka miała być początkowo o ministrze właściwym do spraw wpadek, ale co tam - jutro też jest dzień.

Mamy Walentynki, święto zakochanych. Choć właściwym byłoby powiedzenie święto ogłupionych. Bardziej komercyjne jest już chyba tylko Boże Narodzenie. Ze skądinąd szlachetnej idei miłości, dbałości o partnera/partnerkę i tym podobnych romantycznych pierdół zrobiono kolejną szopkę mającą na celu zdojenie ludzi z kasy.

I co w tym wszystkim najśmieszniejsze to żyją ludzie, którzy faktycznie wierzą, że w ten jeden dzień trzeba kupić prezent, trzeba zrobić kolację, trzeba komuś powiedzieć 'Kocham', a nawet współczuć tym biednym sukinsynom, którzy nie posekszą lub dołować się samotnością. Jak to jest z współczuciem dla kobiet to pojęcia nie mam. A to wszystko trzeba koniecznie zrobić dziś, bo dziś jest dzień bardziej wyjątkowy niż pozostałe 364 i tylko wyjątkowi degeneraci pozbawieni nuty romantyczności to zanegują.

Instynkty stadne i podążanie za trendami chyba nigdy u nas nie umrą. Szkoda tylko, że to wszystko takie cukierkowo mdłe, sztuczne, wręcz trywialne i nudne. Ale co tam - w końcu znaczenie ma to, co ludzie uznają za znaczące, czyż nie?

A miłośnikom Walentynek słowa pocieszenia: dobrze, że żyjemy w Polsce, a nie jakimś innym kraju.

edit: W tym wszystkim zapomniałem wspomnieć, że może gdyby nie dodawali plastikowo-papierowych serduszek do wszystkiego począwszy od Tic-taców, a skończywszy na patelniach, oraz sieci komórkowe nie budziłyby człowieka esemesami dotyczącymi ustawiania sobie walentynkowych dzwonków, grań na czekań i nie zarzucały człowieka konkursami to te pare dni przed wiadomym dniem byłoby mniej irytujące.

A, blogfrog chyba dalej ma jakies problemy z łykaniem notek z Feedburnera. Doh.

piątek, 13 lutego 2009

Zdelegalizować polityków!

Tytuł notki inspirowany komentarzem Thorgotha do wiadomości o głosowaniu nad nowelizacją ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii.

Wczoraj stosunkiem 404 za, 5 przeciw, 2 wstrzymujących się (a reszta to gdzie?) Sejm zdelegalizował popularne ostatnimi czasy w Polsce dopalacze, reklamowane przez ich sprzedawców jako alternatywa dla narkotyków. Widać wcześniejsze nasyłanie kontroli to za mało.

Nie ukrywam, że i owszem dopalacze (tabletki i zioła) wpisują się na listę środków psychoaktywnych, ale to samo powiedzieć można o kawie, papierosach, czy jakże popularnym w naszym kraju alkoholu. O samych dopalaczach poczytać można po necie i samemu wyrobić sobie opinię. Co do ustawy to początkowo, zgodnie z wytycznymi, nowelizacja miała zakazywać tylko obrotu środków zawierających benzylopiperazynę - BZP. Oczywiście polscy parlamentarzyści jak na stróżów narodu przystało postanowili pójść krok dalej i zakazać też innych substancji.

Ciekawostką jest tutaj negatywna opinia UKIE:

Urząd Komitetu Integracji Europejskiej wydał na razie negatywną opinię do projektu ustawy. - Do projektu nie dołączono badań i ekspertyz potwierdzających szkodliwość dla zdrowia niektórych substancji - tłumaczyła rzeczniczka urzędu. - Jeżeli zostaną one załączone, to nowy projekt ustawy trafi do zaopiniowania przez naszych prawników - dodała.
Oczywiście można zakrzyknąć "zgoda!", narkotyki to są, a narkotyzować społeczeństwa nie można. Szczegół, że, żeby być konsekwentnym wartałoby też przyjrzeć się wspomnianym wcześniej popularnym używkom w postaci nikotyny i alkoholu etylowego. Ilu z nas jest zdegenerowanymi narkusami, którzy wypijają z wieczora przebrzydłe piwo lub spalają fajkę? Następnie chyba zająć się farmaceutyką, potem fast foodami, a na końcu zaczipować ludzi i poddać 24 godzinnemu monitoringowi - oczywiście w ramach dbania o nasze zdrowie.

W kontekście zabaw polskich polityków zupełnie inne światło na sprawę rzuca stanowisko polityków i intelektualistów z Ameryki Łacińskiej, którzy chcą legalizacji marihuany. A co jak co to oni chyba wiedzą o czym mówią.

Jednym z głosów sprzeciwu był Marek Balicki, który stwierdził m.in., że prohibicja się nie sprawdza. I jak tak popatrzę na swoje bardziej młodzieńcze wybryki to muszę przyznać mu rację. Zakazany owoc smakuje lepiej, zwłaszcza w okresie buntu. Jak dodamy do tego politykę Konona - czyli zakazać wszystkiego, brak prawidłowej polityki informacyjnej i edukacyjnej to nie ma nic dziwnego w tym, że patrząc na balującą młodzież można odnieść wrażenie, że wyrasta nam pokolenie alkoholików i narkomanów. Choć to też będzie trochę krzywdzące, bo znam wielu ludzi, którzy mają na tyle oleju w głowie, żeby nie przesadzać, gdy pójdą na piwko, czy przypalą coś.

Problem używek właściwie jest dosyć nowy jak na naszą cywilizacyjną historię, choć same używki już takie nowe nie są. Warto się zastanowić czy jednak szkodliwość zakazywania wszystkiego nie jest większa od szkodliwości niektórych używek, które mogą służyć jedynie rozrywce czy relaksowi. Mówię tutaj o używkach z kategorii tzw. "miękkich" lub mówiąc inaczej: o tych, które w rok czy pół roku nie zrobią z człowieka ćpuna, czy nie rozwalą zdrowia i życia. A wszak jakby nie patrzeć to alkoholem się narkotyzujemy też nie zawsze (przynajmniej ludzie, którzy nie popadli w stany patologiczne). Ale to być może wynika z faktu, że o alkoholu wiemy więcej, a i widok żula zataczającego się po dworcu czy wytaczającego ze sklepu lepiej działa na wyobraźnię.
A narkotyki to taki Potwór z Szafy, którym się straszy, a wiedzy o nim niewiele.

Tak czy inaczej - legalizacja pewnych środków nie tylko eliminuje efekt "zakazanego owocu", ale również pozwala na kontrolowanie tego co jest sprzedawane poprzez badania, koncesjonowanie, a nawet możliwość monitorowania punktów sprzedaży. oczywiście musi też za tym iść odpowiednia polityka informująca o szkodliwości tych substancji i zagrożeniach, a i pogadanki w szkołach byłyby efektywniejsze, gdyby opowiadał nie ugrzeczniony gość czy panienka psycholog, ale ktoś, kto w nałogu był, sięgnął dna i udało mu się z tego wyjść. To również działa na wyobraźnię.

Tymczasem pewnie dopalacze całkiem nie znikną, co najwyżej zostaną zastąpione przez inne środki nie ujęte w ustawie. Pewnie wtedy znowu mądralińscy postanowią podeptać demokrację w Polsce i ponasyłają różnego rodzaju kontrole na sklepy. Ewentualnie zaczną się zabawy prokuratury w to czy doszło do naruszenia czegoś tam, bo ktoś zażył dopalacze i poczuł się źle. No qwa, to już nawet Wiki mówi o efektach ubocznych tych substancji, a i jesli mnie pamięć nie myli to reklamowane są jako nie do spożycia, więc żre czy pali się na własną odpowiedzialność.

Nie ma też co ukrywać, że obrót nielegalnymi substancjami się nie zmniejszy, co najwyżej ludziom zajmującym się handlem "twardymi dragami" dojdzie parę nowych produktów do rozprowadzania. Bo polityka całkowitej prohibicji i potem mamy was w dupie ze strony polityków nie działa. A i klientela chętna na ryzykanckie spróbowanie czy zabawy z czymś zakazanym się znajdzie.

O tym, że zwiększanie restrykcji nie skutkuje może powiedzieć niejedna osoba związana bądź z farmakologią, bądź leczeniem uzależnień a nawet historią. Dodatkowym problemem będzie to, że na rynku nieoficjalnym będą wciąż dostępne środki, które są niewiadomego pochodzenia, składu i tutaj dopiero mogą się pojawić zagrożenia dla zdrowia bądź życia. Pomijam już aspekt ekonomiczny czyli pozwolenie by kwitły dochody dilerów i producentów nielegalnego towaru, a państwu umykały potencjalne dochody związane z produkcją, handlem, koncesjonowaniem legalnego towaru.

I nie - legalizacja niektórych używek nie oznacza, że zaraz trzeba legalizować heroinę, kokainę, czy amfetaminę, ale też trzeba zdroworozsądkowo patrzeć na świat i nie unikać szukania rozwiązań, które są lepsze, aczkolwiek wymagają więcej wysiłku, aby przynosiły efekty. Popatrzmy na Holandię, gdzie w coffee shopach większość klientów stanowią nie Holendrzy, ale turyści, którzy u siebie nie mogą przypalić.
Jeśli zdroworozsądkowego myślenia zabraknie to za niedługo możemy się spodziewać masowych protestów kucharzy i kucharek, którym zdelegalizuje się przyprawy.

poniedziałek, 9 lutego 2009

Cywilizacja śmierci - czyli rzecz o zabijaniu płodów i embrionów

Było już o eutanazji (nawiasem mówiąc we wzmiankowanej sprawie wciąż istnieje szansa, że obrońcy życia za wszelką cenę uzyskają zwycięski duchowo i moralnie wynik) to teraz o czymś co ze względu na decyzyjność osób trzecich jest nieco bardziej kontrowersyjne.

Całkiem niedawno pojawił się projekt ustawy o in vitro - tzw. "gowinówka" jak ją zwykłem nazywać, a bardziej rzeczowo bubel prawny rodem ze średniowiecza, mający na uwadze chyba głównie embriony i nie mający w zupełności na uwadze zdrowia potencjalnych matek, ani prawa rodziców do jakiejkolwiek decyzji, czy też wyraźnie dyskryminjący osoby nie pozostające w związku małżeńskim.

Problem in vitro w oczach hierarchów Kościoła i co bardziej zabetonowanych na pozycjach konserwatywnych ludzi, dotyczy głównie faktu, że embrion taki bądź jest stworzony wbrew woli Boga (i who cares?) lub jako człowiek powinien podlegać bezwarunkowej ochronie. Czyli nie można go mrozić, nie można go wylewać z próbówki, nie można tworzyć zarodków nadliczbowych.

Zastanówmy się czym tak naprawdę jest embrion, który pozbawiony jest układu nerwowego, mózgu, świadomości, czy samoświadomości? Wynikałoby z tego, że jedynie rozwijającym się zarodkiem, który ma pewien potencjał do stania się człowiekiem. Nie czuje, nie może o sobie decydować, ba, nawet nie ma możliwości być świadomym otoczenia, a co dopiero własnego "ja".
Czy więc w przypadku zapłodnienia in vitro zasadnym jest popadanie w jakieś dywagacje metafilozoficzne, czy to człowiek, czy nie? Czy może w pierwszej kolejności trzeba wziąć pod uwagę fakty medyczne i żywego człowieka, który decyduje się na ten zabieg?

Nadmierne komplikowanie procedur - czy to poprzez zakaz badań pod kątem wad genetycznych, czy też zmuszanie kobiet do wielokrotnego nieraz poddawania się bolesnym i zagrażającym życiu zabiegom mającym na celu powtórne zaimplementowanie zarodka ma w ogóle jakiekolwiek uzasadnienie? Bo wiadomo - nie zawsze wyjdzie za pierwszym razem, a przy braku nadmiarowych zarodków trzeba powtórnie je składać. Nie wspominając o tym, że brak badań może skazać potencjalnego człowieczka na wiele nieprzyjemności jeśli dane mu będzie się urodzić z jakąś wadą wrodzoną, której nie wykryto tylko dlatego, że komuś religiol za bardzo wyżarł mózg.

Oczywiście można, wręcz powinno się zabezpieczyć nadmiarowe zarodki - choćby przez zakaz wykorzystywania ich w celu innym niż zapłodnienie in vitro. Ale darcie na sobie szat i tłuczenie, że to człowiek jest bzdurą - bo człowiekiem taki zarodek nie jest. Jest jedynie ludzkim DNA. Warto jeszcze nadmienić, że w naturze ilość takich małych człowieczków, które w naturalny sposób nie zagnieżdżają się i lądują w kiblu lub z podpaską na śmietniku idzie rokrocznie pewnie w miliony na świecie. Widzieliście kiedyś, żeby ktoś o nich wspominał, palił im świeczki czy urządzał pogrzeby? Bo ja nie.

Kolejną sprawą jest aborcja - w przypadku płodu jako cechę odróżniającą od zarodka uznaje się pojawienie cech morfologicznych umożliwiających zakwalifikowanie do homo sapiens. W każdym bądź razie gdzieś około tego szóstego tygodnia zaczynają się u niego wykształcać narządy zewnętrzne i wewnętrzne i powoli zaczyna przypominać człowieka.

W tym okresie ciężko jest jeszcze posądzać go o świadomość otoczenia, a już na pewnie nie o świadomość i możliwość podejmowania decyzji. Pojawia się pewien problem - co w przypadku, gdy ciąża zacznie zagrażać życiu matki lub jest wynikiem złamania prawa? Czy państwo ma wtedy prawo zadecydować za matkę/rodziców i kategorycznie stwierdzić: masz rodzić!
Wydaje mi się, że niespecjalnie - wybór dotyczący przerwania ciąży powinien należeć wyłącznie do rodziców (w domyśle matki, która nosi dziecko).
I tutaj nawet poszedłbym dalej i uznał, że powinien należeć do niej w każdym momencie, gdy do czynienia mamy z dwiema wspomnianymi sytuacjami (zagrożenie życia/ciąża jako wynik gwałtu, obcowania z osobą poniżej 15 roku życia), a także w przypadku, gdy po prostu zdecyduje się na jej przerwanie.
Wprawdzie sam uważam, że aborcja na życzenie powinna być jakoś ograniczona do pewnej granicy życia płodu (czyli powyżej 3 miesiąca zakaz - 3 miesiące powinny starczyć na wykrycie ciąży i decyzję) jednak ja jestem facetem i właściwie w ciąży nie będę.
Tak czy inaczej decyzja powinna należeć do rodziców, z priorytetowym wskazaniem na matkę, a nie polityków, purpuratów, czy pikietujących przed klinikami aborcyjnymi religijnych oszołomów.

W końcu państwo powinno zachować neutralność światopoglądową i nie poddawać się naciskom grup religijnych i uszanować wybór ludzi. Zaś ochrona życia powinna zaczynać się racxzej od momentu urodzenia, gdy już wiemy, że maluch doszedł na świat lub w bardziej zaostrzonym przypadku od momentu rozpoczęcia wykształcania się mózgu czy funkcjonującego układu nerwowego.

Natomiast jeśli chodzi o przeciwników in vitro i prawa do aborcji - przecież nikt nie każe im poddawać się tym procedurom, w związku z czym czemu raczej nie zajmą się własnym życiem, a nie brużdżeniem w cudzym?

A na koniec jak ktoś nie miał okazji poczytać to zapraszam do lektury Milczenia owieczek. Rzecz o aborcji. Kazimiery Szczuki.

sobota, 7 lutego 2009

"Chcę umrzeć" - czyli czy istnieje granica w prawie człowieka do decydowania o własnym losie

Właściwie w przypadku Eluany Englaro, której przypadek po raz kolejny trafił do mediów, to jej ojciec twierdzi, że ona sama nie chciałaby żyć w takim stanie, ale to może zostawmy na później.

Życie nie zawsze jest cukierkowe, cudne i kolorowe, czasem potrafi nam dokopać - takim dokopaniem może być nieuleczalna choroba i tu pojawia się pierwsze pytanie: czy człowiek, jako istota wolna nie powinna mieć prawa decydowania czy zechce się zmierzyć z chorobą, czy może jednak spasuje i umrze w godności zanim wykończy go ból, zanik mięśni, czy zanim nie stanie się wegetującym warzywem?

Jako liberał uważam, że prawo do zakończenia swojego życia jest jednym z podstawowych praw jakie implikuje sam fakt naszego życia. Oczywiście, są pewne wyjątki - ludziom, którzy próbują zakończyć swoje życie będąc zdrowymi, czy też nie w pełni władz umysłowych powinno się dać w pierwszej kolejności możliwość leczenia - bo nie można też w organizmie społecznym przyzwalać na wszystko.

Jednak inaczej ma się sprawa z ludźmi, którzy tak właściwie mogą liczyć tylko na cud lub na przełom w medycynie - a jak wiemy pierwsze to zjawisko raczej rzadkie, a drugie za często też się nie zdarza. Czy w tym momencie państwo lub organizacje pozapaństwowe mają prawo w imię wyznawanych wartości zabraniać tego ludziom i skazywać ich na cierpienie czy zmuszać do życia?

Czy Kościół Katolicki nie posuwa się zbyt daleko w swojej obronie do "godności i życia" zapominając o prawie do godnej śmierci i wolności jednostki? Chociaż pal licho - jak ktoś nie chce to go zmuszać nie można. Ale państwo musi zachować światopoglądową neutralność i nie może poddawać się naciskom grup religijnych w tym względzie.

I tu wracamy do sprawy z pierwszego akapitu: a co jeśli człowiek nie jest w stanie sam zadecydować? Czy mogą za niego zdecydować bliscy? Jeśli mamy człowieka pozostającego w stanie śpiączki od 17 lat, z nieodwracalnie zniszczonym mózgiem to jakie moralne wartości nakazują podtrzymywać już nie tyle życie, ile wegetatywną egzystencję? Jak bardzo nieludzkim i pozbawionym empatii trzeba być, żeby w imię ideologii skazywać ludzi na patrzenie na sztucznie podtrzymywaną agonię bliskiej osoby?

A tak właśnie próbuje robić rząd Berlusconiego (mając silnego sojusznika w postaci Watykanu i trochę słabszego w postaci mniejszej części włoskiego społeczeństwa), który po wyroku włoskiego Sądu Najwyższego ruszył z ofensywą by wyrok ten podważyć i nie dopuścić do wstrzymania sztucznego odżywiania Eluany. Na szczęście prezydent ustawy nie łyknął.

Oczywiście mogą się podnieść głosy, które zaczną wskazywać jakieś ciemne sprawki, próby wyłudzenia majątku stojące za próbą odłączenia - ale jeśli decyzja należeć będzie do niezawisłego sądu, który podejmie ją tylko i wyłącznie po zapoznaniu się z danymi medycznymi to chyba powinno załatwić problem? Zresztą, kto czytał notkę o Holandii i ruszył się do arta w "Focusie" pewnie i doczytał małą wzmiankę o tym, że tam przypadki te nie są jakąś plagą.

Problem w dużej mierze załatwiłoby umożliwienie ludziom podpisywanie deklaracji, w których decydowaliby czy chcą być leczeni, reanimowani, czy podtrzymywani przy życiu lub też wprost przeciwnie.

I te decyzje powinno się uszanować. Bo nie możemy decydować za kogoś o sprawach tak podstawowych.

piątek, 6 lutego 2009

Polacy przy Okrągłym Stole

Dziś 6 luty - mamy więc okrąglutką rocznicę wydarzeń, które trwale odmieniły naszą rzeczywistość i doprowadziły do pokojowej zmiany ustroju. Tak, tak - zmiany - niezależnie od tego co niektórzy mówią czy piszą Okrągły Stół był tym wydarzeniem, który pozwolił nam zakosztować wolności i demokracji. Jasne, nie obyło się przy tym bez targów, nie obyło się bez pozostania ludzi związanych z reżimem w życiu politycznym i społecznym. Ale nie można też nazywać Okrągłego Stołu spiskiem elit, czy zdradą Polski. Był sukcesem - zarówno ówczesnych władz, opozycji, jak i nawet Episkopatu, który pośredniczył w rozmowach.

Sukcesem, który udało się nam zmarnować - bo pomimo 20 lat demokracji wciąż jesteśmy dziećmi w piaskownicy, nie potrafiącymi korzystać, wykorzystywać i cieszyć się z tego co udało się osiągnąć 20 lat temu. Wciąż jako naród liczymy, że ktoś nami pokieruje, ktoś rozwiąże wszystkie problemy. A przecież nasz los jest w naszych i przede wszystkim naszych rękach. To my naszymi działaniami i wyborami kształtujemy nasze życia i otaczającą nas rzeczywistość. A jednak tak niewielu zdaje sobie z tego sprawę i tak bardzo marnowany jest potencjał polskiego społeczeństwa, który został pokazany w tych przełomowych momentach transformacji. Po części dzięki gryzieniu i gierkom na górze, po części dzięki gryzieniu i oskarżaniu tu, na dole.

Co do ocen OS to można spotkać się z różnymi skrajnościami. Zależy jaką gazetę czy magazyn poczytamy, czy, którego polityka będziemy wysłuchiwać. Mi osobiście spodobały się wypowiedzi Cioska na łamach "Przeglądu" i zbiór wypowiedzi uczestników Okrągłego Stołu na łamach dzisiejszej "NTO". Wypowiedzi obrazujące zwycięstwo racjonalizmu i pragmatyzmu nad polityką niekończącej się wrogości. Zwycięstwo pewnego kredytu zaufania i zrozumienia, że z drugiej strony też są ludzie - tacy sami, choć o innych poglądach.

Bardzo mi się tez spodobała wypowiedź Michnika, który na konferencji dotyczącej wzmiankowanego wydarzenia przyłożył cytatem z "Gazety Polskiej" i reakcja z jaką "rewelacje" spotkały się ze strony uczestników. Niezależnie od tego co sądzimy o uczestnikach i samym Okrągłym Stole nie można zapominać, że inne scenariusze prawdopodobnie skończyłyby się dużo gorzej i z tego samego miejsca startowali ówcześni decydenci - starali się stworzyć taki kompromis, który dopuściłby do zdemokratyzowania życia w Polsce, jak i nie odsuwałby ówczesnej władzy na boczne tory. Bo równie dobrze, gdyby walczyło się do samego końca zakończyłoby się klęską lub scenariuszem rumuńskim/białoruskim/ukraińskim/innym.
Musieli podjąć jakieś decyzje.

Tymczasem zagorzali przeciwnicy i opluwacze Okrągłego Stołu, Magdalenki i III RP jako całości, nazywający go zdradą i spiskiem elit to ci sami ludzie, którzy najgłośniej krzyczą o patriotyzmie, najgłośniej gloryfikują polskie klęski i stawiają je jako przykład działań pozytywnych, które trzeba podejmować i żyją w smutnym, dwubarwnym świecie, gdzie oni są czyści i biali, a reszta to zło, niedobro i coś co trzeba osądzić, zgnoić, zniszczyć. Ludzie, którym myślenie zastąpiły ideologiczne hasła, z mentalnością ściany, która te hasła umie jedynie odtwarzać.

Jak chociażby Antoni "kto to - likwidator WSI" Macierewicz wciąż mamroczący coś o sterowaniu z Moskwy. W sumie "Pierestrojka" Gorbaczowa to była już sprawa formalna, ale ciężko oczekiwać, że sami obalali swój system i tylko nam taką sprytną ściemę wpuścili? A i pewnie Mur berliński z inicjatywy KGB padł. ;)

Z takim myśleniem należy skończyć - jak najszybciej. Wziąć w swoje ręce własne życie i zamiast rozliczać się z przeszłością skorzystać z tego co nam dała. A dała jednak możliwość wyboru, dała demokrację - wprawdzie niewydolną, niedojrzałą ale jej kształt zależy tylko od nas. Dlatego należy spojrzeć w przyszłość i podziękować, że mamy aktualnie możliwość ot chociażby takiego blogowania, wypowiadania opinii, czy wybierania list w wyborach. ;)

Z rozliczaniem skończył nawet ostatnio panujący nam prezydent. ;)

Stojąc przy historycznym meblu prezydent przedstawił swoje dwie interpretacje Okrągłego Stołu. Według pierwszej, Okrągły Stół to fundament, którym powstała Rzeczpospolita. Druga, według prezydenta, określa podpisaną umowę społeczną zmową elit. - Procesy demokratyzacji zostały wstrzymany. Korzyści wyciągnęli ci, którzy ją podpisali umowę i ich zaplecze - podkreślił prezydent i dodał, że według niego ta interpretacja jest nieprawdziwa. On sam uważa Okrągły Stół za zdarzenie polityczne, które odbyło się w pewnych określonych okolicznościach. Podkreślił, że w Magdalence nie doszło do żadnej zdrady, a socjalistycznemu establishmentowi nie obiecywano tam żadnej własności.

Ciekawe tylko czy naprawdę tak myśli, czy to część zmian w wizerunku? ;)